Dawno minęły czasy, kiedy, żeby podsłuchać, co sąsiadka ma do zarzucenia swojemu mężowi, wystarczyło przylgnąć uchem do szklanki przyłożonej do ściany. Dzisiaj mamy do dyspozycji cały arsenał elektronicznych zabawek do podsłuchiwania albo nagrywania i nikt nie może być pewien dnia ani godziny, kiedy zostanie nagrany. Przykładem jest kolejna afera z nagrywaniem na szczycie władzy, którą żyje pół kraju.
Ponieważ kryminałek nie jest miejscem przeznaczonym na politykę, a szkoda, dzisiejsza historia o pewnym nagraniu będzie dotyczyć nie jakichś tam banksterów, tylko zwyczajnych Kowalskich. Rzecz działa się w prywatnym mieszkaniu, w czasie imprezy imieninowej, w której, nie licząc solenizanta, uczestniczyło kilka osób płci obojga, w większości znajomych z pracy. Po dwóch godzinach gospodarz zorientował się, że może zabraknąć alkoholu i postanowił wyskoczyć do pobliskiej stacji paliw po uzupełnienie. Powiedział gościom, że będzie za pięć minut i wyszedł z mieszkania, ale dla żartu zostawił telefon z włączonym dyktafonem. Po piętnastu minutach wrócił i impreza nabrała rumieńców. Dobrze po północy, kiedy wyszli ostatni goście, znużony solenizant runął jak długi do łóżka. Na drugi dzień, kiedy już doprowadził się do stanu używalności i posprzątał po gościach, usiadł z filiżanką kawy w fotelu i postanowił odtworzyć wczorajsze nagranie. Jakość zapisu nie powalała, ale można było zrozumieć, co kto mówił. Wyszło, że znajomi nie najlepiej o nim myślą. Na przykład dowiedział się, że jest szują i zwykłą świnią, a także, że warto powiadomić kierownika o jego machlojkach i o tym, że w czasie chorobowego pojechał w Bieszczady z kochanką.
Aż dziw, że tyle do powiedzenia na jego temat mieli ci, którzy życzyli mu zdrowia, szczęścia i pomyślności. Nie ma się więc co dziwić, że gość wpadł w szał. W pierwszym odruchu powyrzucał do kubła kwiaty, które wczoraj dostał i zaczął rozmyślać, jak załatwić tę sprawę. W poniedziałek rano na korytarzu w pracy spotkał jednego z gości, który – uśmiechając się – zapytał go, jak się czuje. To był ten, który nazwał go świnią. W takiej sytuacji nawet święty by nie wytrzymał, więc nasz bohater rąbnął gościa pięścią tak, że tamten zalał się krwią i padł nieprzytomny. Dziesięć minut później równocześnie przyjechały karetka i policja. Poszkodowany wyszedł ze szpitala na drugi dzień, natomiast nasz bohater zaczął szukać nowej pracy. Trudno, sam sobie jest winien.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze