By zorganizować niebanalny Dzień Dziecka, nie trzeba mieć gigantycznego budżetu czy tabunu specjalistów albo gwiazd. Wystarczy pasja, chęci i kilka dobrych pomysłów. Przekonują o tym mieszkańcy Zamojśców, którzy przygotowali chyba najbardziej oryginalne święto najmłodszych w regionie.
W leniwe niedzielne popołudnie mieszkańcy Zamojsców spotkali się w centralnym punkcie wsi. Wszystko to za sprawą atrakcji, jakie sołtys i grupa zapaleńców przygotowali dla swych pociech[paywall] z okazji Dnia Dziecka. Powszechne podniecenie budziły nie jakieś dmuchańce, drogie prezenty czy zapowiedź przyjazdu gwiazdy, a wydarzenie znane wszystkim pod nazwą „runmagedon”. Oczywiście w programie imprezy nie brakowało innych punktów, takich jak pokaz mody, przeciąganie liny czy gra w dwa ognie, ale to ekstremalny bieg był gwoździem programu.
Sołtys wsi Krzysztof Bruk, pytany o to, skąd pomysł na tę szczególną atrakcję, rozkłada ręce, mówiąc, że jakoś tak wyszło, ale błysk w oku zdradza, że swój udział w wymyślaniu szalonych dyscyplin musiał mieć. Runmagedon to zorganizowany na placyku w centrum wsi bieg z przeszkodami. Jego uczestnicy rozpoczynają go w gumofilcach. I mało komu przeszkadza, że buty są o kilka numerów za duże. Zresztą filce zrzucają zaraz po pokonaniu pierwszego wzniesienia. Potem krótki sprint i zjazd z tej samej górki wprost na snopki siana, do wypełnionej błotem niecki. Dalej trzeba przeskoczyć kilka przeszkód, a najwięcej frajdy widzowie, bo niekoniecznie uczestnicy, mają na boisku do gry w siatkę. Tu trzeba się przeczołgać przez tunel z opon, gdzie uczynny młodzian „zaprawia” każdego uczestnika jajkiem albo dwoma. Potem po piasku należy przeciągnąć obciążony worek, by dotrzeć do miejsca, gdzie upadają najlepsi. Tuż przed finiszem uczestnicy muszą bowiem przejść po wąskiej grobli. Po obu jej stronach rowy wypełnione są wodą, kisielem i błotem. Grobla zresztą pokryta tą samą mieszanką. Nanoszą ją sami uczestnicy, raz po raz koziołkując do rowów, by zażyć niezbyt przyjemnej kąpieli. Jakby tego było mało, nad groblą zwieszone są dętki na sznurkach. Tymi sterują „dobrzy wujkowie”. Gdy trafią, nie ma takiej siły, by delikwent walczący o czas nie wylądował w rowie z kisielem. Przed końcem jeszcze tylko slalom, który niejednego zakręcił, a na koniec, ku pokrzepieniu, szklaneczka soku z cytryny.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze