Kryzys na dworcu narastał od kilku tygodni. Powodem były duże grupy romskich kobiet i dzieci, które przyjechały z Ukrainy i koczowały tam nieraz przez kilka dni. Wszędzie biegały rozkrzyczane dzieciaki, które zachowywały się bardzo swobodnie, jak na podwórku przed swoim domem, a ich matki kucały z papierosami przed dworcem, albo brały potomstwo i gromadnie ruszały w miasto.
Jeszcze niedawno przemyski dworzec pełnił funkcję pełnowymiarowego centrum recepcyjnego, gdzie uchodźcy otrzymywali wszelaką pomoc. Nadal pracują na nim wolontariusze opiekujący się uchodźcami i działają punkty żywieniowe, ale nie ma możliwości, żeby funkcjonowało tu coś w rodzaju hostelu, w którym tyle kobiet i dzieci (niekiedy bardzo małych) mogłoby mieszkać przez dłuższy czas. Jest to niemożliwe choćby ze względów sanitarnych, nie mówiąc o tym, że dworzec przecież musi normalnie funkcjonować i obsługiwać podróżnych.
Problem w tym, że romskie kobiety chcą zostać tylko w Przemyślu, bo jak mówiły tu jest im bardzo dobrze. Kiedy wolontariusze proponowali im bezpłatny transport do funkcjonujących już ośrodków dla uchodźców, odmawiały. Nie przyjmowały do wiadomości, że w Przemyślu, przez który przewinęło się ponad milion uchodźców, nie ma już wolnych mieszkań, ani zastępczych pomieszczeń nadających się do zamieszkania na dłużej niż jedna, dwie doby.
Dowiedziała się o tym Zofia Barczak, prezeska Stowarzyszenia Romów Przemyskich.– Od początku wojny w Ukrainie pomagaliśmy Romom, którzy tu przyjeżdżali. Miałam kontakt z innymi stowarzyszeniami romskimi i uzgadnialiśmy, kto ile osób może przyjąć, a potem organizowaliśmy transport i zawoziliśmy ich na miejsce. Jak trzeba było, brałam taksówkę i zawoziłam ich[paywall] na Lwowską do Tesco. Nawet dwie Romki mieszkały u mnie przez dwa dni – opowiada. Co ja się wtedy nasłuchałam? Jedna żaliła się, że jej córkę porwali do Niemiec, płakałam razem z nią.
Przyjeżdżali tu różni Romowie. Kiedyś pomogłam małżeństwu Romów z Indii. Eleganccy byli. Oboje skończyli studia w Kijowie i mieli tam dobrą pracę, ale przyszła wojna i musieli uciekać. Najbardziej to mi żal dzieci skazanych na tułaczkę i poniewierkę. Chociaż w krzyżu mnie coś łupnęło i boli gardło, jutro pójdę na dworzec i spróbuję porozmawiać z tymi kobietami. Może jak zobaczą Romkę, dadzą sobie wytłumaczyć, że dłużej nie mogą żyć na dworcu.
Na drugi dzień Zofia z siostrą przyszły na dworzec. Wolontariuszka, pani Basia, wskazała im romską grupę, która przebywała tu od pięciu dni. Zofia przedstawiła się po romsku, co trochę zdziwiło kobiety, bo nie przypuszczały, że w Przemyślu też są Romowie i zaczęła im tłumaczyć, że w mieście nie będą miały gdzie mieszkać i muszą wyjechać. –
Pomyślcie o swoich dzieciach. Przecież one muszą mieć warunki do życia, muszą się uczyć. Tylko wstyd naszym Romom robicie, jak tak włóczycie się po mieście i dzieci żebrzą. Nasi tak nie robią. Siostra, mając zdrowe gardło, wtórowała jej, a kobiety otoczone wianuszkiem dzieci słuchały i próbowały coś wytłumaczyć romskim pomieszanym z ukraińskim. Wtedy włączyła się wolontariuszka, mówiąc, że mogą pojechać do ośrodka pod Warszawą, albo do Niemiec, ewentualnie wracać do Ukrainy. Kilka kobiet zgodziło się na ośrodek i dwie godziny później miał przyjechać po nie autokar.
Na tym negocjacje się zakończyły i Zofia razem z kobietami wyszła na papierosa. Kiedy o umówionej porze autokar podjechał, okazało się, że tymczasem Romki już zmieniły zdanie i kilka z nich kupiło bilety do Ukrainy. – Nie rozumiem, po co one tu przyjechały – Zofia bezradnie rozkłada ręce. – Przecież tam, skąd pochodzą, czyli z okolic Użgorodu, nie ma wojny. Pewnie inni musieli im naopowiadać jakichś bzdur, że tutaj wszystko dostaną. Wyżywienie, ubranie, mieszkanie i pieniądze. Coś mi się wydaje, że o to ostatnie im chodziło, albo chcą być bliżej domów, bo stąd do granicy blisko – komentuje Zofia.
Trzy dni później na dworcu pojawiła się nowa wolontariuszka, Maryna Borowa, Romka z Ukrainy. – Studiowałam w Polsce, a potem w Ukrainie pracowałam w romskiej organizacji. Kiedy zaczęła się wojna, przyjechałam do Polski i skontaktowałam się z polską organizacją „Harangos”, która zajmujeą się Romami. Teraz jestem wolontariuszką na przemyskim dworcu. Wielu Romów, zwłaszcza tych z rejonu Zakarpacia, słabo mówi po ukraińsku, niektórzy też nie znają dobrze romskiego i używają węgierskich słów. Kontakt z nimi jest bardzo trudny. Trzeba też wiedzieć, że Romowie to zamknięta, hermetyczna grupa etniczna, w której też są podziały na coś w rodzaju kast, których w Ukrainie jest aż jedenaście.
Najwyżej w tej hierarchii są „Serwy”, potem „Ruskie Roma”, a najniżej „Sinti” i „Słowacka Roma”. Ci pierwsi najczęściej są dobrze wykształceni, mają pracę, własne biznesy. Natomiast ci drudzy to w większości analfabeci, żyjący bardzo biednie, nieszanujący zwyczajów, ani nieznający romskiej kultury i to z nimi są największe problemy. Ogólnie romska kultura i mentalność jest trudna do zrozumienia dla kogoś, kto nie jest Romem. Stąd też konflikty i brak zrozumienia z obu stron, tym bardziej w takich stresujących sytuacjach, jak tutaj.
To, że jestem Romką, ułatwia mi pracę. Wiem, jak z nimi rozmawiać, jak przekonać do czegoś, co dla nich będzie najlepsze. Do tej pory kobiety, które tu przyjechały, dokonywały tylko najprostszych wyborów, a tu trzeba się zdecydować, czy jechać z dziećmi do Warszawy, czy do Niemiec. To dla nich abstrakcja. Liczę, że moja wiedza się przyda i będę mogła im pomóc, bo przecież jestem Romką – deklaruje Maryna i odchodzi, bo na peronie jakiejś Romce z rozwrzeszczaną gromadą dzieci trzeba pomóc znaleźć jej pociąg.

fot.JS
Maryna Borowa jest na dworcu pierwszą romską wolontariuszką.

fot.JS
Gromady romskich kobiet z dziećmi robią spore zamieszanie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze