KRYMINAŁEK
Mariusz, lat dziewiętnaście, miał na osiedlu opinię kozaka, któremu lepiej zejść z drogi. Przyznać trzeba, że na taką solidnie sobie zapracował. Od małego były z nim kłopoty. Nadpobudliwy, na polecenia często reaguje w sposób agresywny – charakteryzowali go nauczyciele w technikum, które ledwo ukończył, ale już matury nie zrobił. Przez pewien czas związany był z ruchem kibicowskim i podobno jeździł na ustawki, podczas których mógł wyładować nadmiar agresji. Średnio co dwa miesiące do dzielnicowego trafiały skargi na Mariusza.
Raz obrzucił wulgaryzmami starszą panią, która zwróciła mu uwagę, żeby nie rzucał niedopałków na chodnik, innym razem rodzice skarżyli się, że przeszkadza dzieciom grać w piłkę. Często zdarzało się, że Mariusz dla draki szedł środkiem ulicy i nie ustępował miejsca samochodom, a kierowcom, którzy trąbili na niego, odgrażał się zniszczeniem auta. Miał też na koncie udział w bójce, ale w sądzie sprawa się jakoś rozmyła. Do dzielnicowego docierały też sygnały, że ponoć Mariusz kilka razy kogoś pobił, ale nikt z poszkodowanych nie zgłosił tego oficjalnie, więc mu się upiekło. Za to chłopaki na osiedlu miały o czym opowiadać i tak tworzył się nimb groźnego faceta, na którego nie ma sposobu.
W lutym na osiedlowym parkingu doszło do większej awantury. Pewien mężczyzna odwiózł znajomą, która mieszkała w bloku obok i próbował zaparkować wśród ciasno poustawianych aut. Na to jeden z miejscowych kierowców zwrócił mu uwagę, że parking jest tylko dla mieszkańców. Kiedy obaj panowie kłócili się o miejsce, nadszedł Marcin. Akurat wcześniej wypił kilka piw i był w bojowym nastroju. Widząc, co się dzieje, postanowił zareagować jako lokalny patriota i w wulgarny sposób kazał obcemu opuścić parking. Zaatakowany tłumaczył, że nigdzie nie ma odpowiedniego znaku, więc może tu parkować, ale Marcina tylko to rozjuszyło. Najpierw kopniakiem złamał lusterko w jego samochodzie, po czym oderwał je i wyrzucił na trawę.
Takiej reakcji jednak zupełnie się nie spodziewał. Obcy mężczyzna obezwładnił go kilkoma błyskawicznymi chwytami, a w tym czasie jego znajoma wezwała policję. Zupełnie jak w „Potopie” u Sienkiewicza – „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. Wszystko skończyło się tym, że Marcin, jęcząc z bólu, ze zwichniętym stawem barkowym, trafił najpierw do lekarza, a potem do policyjnej izby zatrzymań.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze