Na świecie zawierucha, a w T. cicho i spokojnie. Po prostu nic się nie działo. Nuda – jak mówił inżynier Mamoń w kultowym „Rejsie”. Mieszkańcy z braku lokalnych wydarzeń, o których możny byłoby pogadać z sąsiadką pod sklepem, zaczęli rozmawiać o byle czym, na przykład o polityce. Aż któregoś sierpniowego poranka przed domem Marcina W. zatrzymały się dwa radiowozy, karetka pogotowia i straż pożarna.
O tej porze wiele osób szło do autobusu. Ludzie przystawali i patrzyli z zaciekawieniem, co tam się mogło stać. Pewnie niektórzy nawet gotowi byli zrezygnować z wyjazdu do miasta, żeby tylko zobaczyć, co się dalej będzie działo. Tylko, że nic się nie działo. Policjanci stali przed zamkniętymi drzwiami, a strażacy kręcili się po podwórku i zaglądali przez okna do domu, który wyglądał jak wymarły. Oczywiście ta niecodzienna sytuacja uruchomiła lawinę komentarzy. – Na pewno tam się musiało coś strasznego wydarzyć – zastanawiali się ludzie. Wszyscy znali Marcina i jego żonę. Całkiem normalna rodzina, dzieci nie mieli i nie było u nich awantur, może tylko czasem pokłócili się, ale to normalne.
Marcin też raczej nie pił, a nawet jak mu się zdarzyło, to był spokojny. Temperatura komentarzy wzrosła, kiedy na podwórko dojechało pogotowie gazowe. Pewnikiem zatruli się gazem, bo tyle o takich przypadkach się słyszy, bo co innego mogło się zdarzyć. Tylko dlaczego jeszcze nikt nie wszedł do środka. Przecież strażacy mogliby wyważyć drzwi – zastanawiali się gapie. Wreszcie po godzinie niedziania się niczego drzwi się otworzyły i stanął w nich Marcin. Chwilę tłumaczył coś policjantom i weszli razem do domu. O co tu chodzi? Ciekawość ludzi sięgała zenitu. Może tylko żona się zatruła, ale wtedy do domu weszliby ratownicy. Wszyscy czekali na dalszy rozwój sytuacji. Ale skończyło się tym, że Marcin wyszedł z policjantami, wsiadł do radiowozu i odjechali, a za nimi odjechały pozostałe służby. Ludzie też powoli się rozeszli, ale w wiosce do wieczora mówiono tylko o tym, co się mogło stać w domu Marcina.
Dopiero na drugi dzień wyszły na jaw okoliczności tego zdarzenia. Otóż rano po sprzeczce z żoną Marcin zagroził, że wysadzi dom w powietrze. Widoczne był przekonywujący, bo kobieta zadzwoniła po policję. Już po wszystkim, kiedy okazało się, że nie ma zagrożenia, Marcin został zatrzymany. Podczas składania wyjaśnień przyznał, że tylko żartował, bo jest przecież normalnym człowiekiem i nigdy czegoś takiego by nie zrobił. Ciekawe jak ten żart potraktuje Temida.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze