Typowy jarzyniak – półki uginają się tu pod ciężarem świeżych owoców i warzyw. Przy Grunwaldzkiej stoi od lat. Zaopatrują się w nim zarówno mieszkańcy okolicznych bloków i kamienic, jak i osoby z innych rejonów miasta. Atutem tego miejsca jest niepowtarzalny klimat oraz zawsze świeże produkty. – Tym wygrywamy z supermarketami – podkreśla właścicielka.
Przy Grunwaldzkiej 57 można kupić warzywa, owoce, przetwory warzywno-owocowe w słoikach, nabiał oraz napoje. Niezmiennie, trzecią już dekadę. Obecna właścicielka, Marzanna Błahuciak przejęła stery po mamie Krystynie. Rodzina weszła w posiadanie sklepu na początku lat dziewięćdziesiątych. Pani Krystyna zatrudniona była niegdyś w[paywall] Spółdzielni Ogrodniczo-Pszczelarskiej.
Po transformacji ustrojowej syndyk wyprzedawał masę upadłościową spółdzielni. Wówczas na drodze przetargu wykupiła sklep – jako pracownik miała pierwszeństwo. Zastrzega, iż chodzi o sam sklep. Grunt, na którym stoi jarzyniak jest własnością miasta. Od 1992 r. pomagała jej córka oraz głowa rodziny – Józef Rabski. Pan Józef w tamtym czasie zajmował się księgowością, był do dyspozycji, gdy trzeba było gdzieś pojechać, coś przywieźć. Jedenaście lat temu jarzyniak stał się własnością córki, bowiem pani Krystyna przeszła na emeryturę (co nie zmienia faktu, iż po dziś dzień dogląda interesu, kiedy ruch jest duży).

– Aby w tej chwili utrzymać mały, rodzinny sklep wypadałoby handlować w niedzielę. Nie pracujemy, bo trzeba odpocząć, zdrowie też jest ważne – zauważa Rabski. Bo przecież, wyłączając niedziele, panie wstają do pracy o piątej, czwartej, muszą zamówić towar lub po niego pojechać. – Jest to obciążenie niesamowite dla właściciela takiego sklepu – stwierdza zgodnie cała trójka.
I sprawa najważniejsza – trzeba być konkurencyjnym. – Jesteśmy wokół poobstawiani supermarketami. Poza tym, ci, którzy mają hurtownie, zakładają sklepy detaliczne. Jak z takimi konkurować? Staramy się, by towar był jak najładniejszy, zaopatrujemy się stale u tych samych dostawców, którzy mają dobre produkty, ekologiczne. Towar rano zebrany z pola, trafia na nasze półki po południu, albo najpóźniej następnego dnia. Jednak jest to wykonalne tylko w sezonie – podkreśla właścicielka. W maju, czerwcu, lipcu i sierpniu wychodzi na plus. Czyli przez cztery miesiące, później osiem miesięcy musi utrzymać jarzyniak, pomimo strat. Wszystkie opłaty robi wcześniej. W zimie powinna zamknąć sklep, jednak nie robi tego z uwagi na klientów. A ci są przywiązani do obu pań – matki i córki, do miejsca, jego niepowtarzalnego klimatu. Po pierwsze nie dostaną tu nieświeżego towaru. Po drugie mogą się wygadać, wyżalić, nawet polityką zająć.
– Czasem dochodzi do kłótni, gdy spotka się dwóch z różnych opcji – przyznaje Józef Rabski. Kupujący przyznają, że ważny jest dla nich osobisty kontakt z drugim człowiekiem, o jaki w markecie trudno. – Życzliwością od lat zdobywamy i utrzymujemy klientów – podkreślają panie.

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Taki sam towar jak na Zielonym Rynku,tylko dwa razy droższy niż w sklepach wielkopowierzchniowych.
Sympatyczne miejsce, ale ceny nieco wyższe niż na rynku. Ale ogólnie fajnie, że takie firemki rodzinne są.
najsmaczniejsza kiszona kapusta dawno temu sprzedawana wyłącznie do swoich słoików takie były czasy...
Najlepsze warzywa kupuję wlasnie w tym sklepiku.
Tam zawsze jest drożej było jest i będzie
Bardzo drogo, kupuję znacznie taniej
Bardzo drogi sklep, a towar taki sam jak wszędzie. Utrzymują się na rynku dzięki naiwności tych, którym się wydaje, że kupuja coś innego niż w marketach.
Taki sam towar jak na Zielonym Rynku,tylko dwa razy droższy niż w sklepach wielkopowierzchniowych.
Sympatyczne miejsce, ale ceny nieco wyższe niż na rynku. Ale ogólnie fajnie, że takie firemki rodzinne są.
najsmaczniejsza kiszona kapusta dawno temu sprzedawana wyłącznie do swoich słoików takie były czasy...