Listopad na szczęście już się skończył. Na szczęście, bo przecież wiadomo od dawna – co potwierdził swym autorytetem sam Stanisław Wyspiański – że to niebezpieczna dla Polaków pora. Oczywiście w tym roku może tych niebezpieczeństw było nieco mniej niż przed stu ileś laty, ale zawsze istnieje potencjalna możliwość jakiegoś nieoczekiwanego i dramatycznego wstrząsu.
Choć po prawdzie niektórzy do dziś nie mogą się otrząsnąć po pewnych tegorocznych listopadowych nocach czy wieczorach. Niektórym bowiem wciąż migają przed oczami wyobraźni plecy (żeby tylko plecy) polskiej Marylin Monroe – Dody, która, naśladując gesty swej amerykańskiej poprzedniczki, kusiła słodyczami swego prezydenta. Innym wciąż w uszach brzmią surowe oceny ministra Glińskiego, który niczym swoje własne alter ego zapalczywie łajał nierzetelność państwowej telewizji. Inni jeszcze wciąż przecierają oczy ze zdumienia, czytając projekt nowej ustawy o zgromadzeniach publicznych, czerpiący pełnymi garściami z uregulowań prawnych PRL. Żadne z tych zdarzeń nie było jednak wstrząsem wielkim, totalnym, naruszającym nasze status quo.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze