Codziennie kursują między Medyką a Lwowem, pomagając w ewakuacji dzieci z lwowskiego szpitala do placówek medycznych w Polsce. Zabierają też matki małych pacjentów i rodzeństwo. Karetki nigdy nie jadą z Polski puste. Wiozą sprzęty, materiały medyczne, jedzenie. – Czasami emocje biorą górę. Nie wtedy, gdy przepinamy dziecko z respiratora szpitalnego pod ten karetkowy, lecz kiedy jego mama, płacząc, z całego serca dziękuje nam za to, że zabieramy syna czy córkę w bezpieczne miejsce, gdzie będzie mogło kontynuować leczenie – opowiada ratownik medyczny Radowit Sadowski, stojący na czele ekipy pogotowia ratunkowego Nord Ambulanse.
Podczas jednego z ich ostatnich wyjazdów, w momencie, gdy znajdowali się pod lwowskim szpitalem, by zabrać chore dzieci z tamtejszej placówki do umówionego szpitala w Polsce, rozległ się alarm bombowy. We Lwowie takie alarmy słychać coraz częściej, a sytuacja staje się coraz bardziej napięta.
Czy się boją?
– Mamy głowy tak zajęte pracą i tym, jak wiele zależy od naszej pomocy, że po prostu skupiamy się na zadaniu, które mamy wykonać. Świadomie wybieraliśmy swój zawód. Jeżeli możemy udzielić fachowej pomocy, po prostu to robimy. Będziemy działać tak długo, jak będzie to potrzebne – mówi Radowit Sadowski, właściciel prywatnego pogotowia ratunkowego Nord Ambulanse z Sopotu.
– Najgorsze są momenty, gdy trzeba decydować, kto dziś z nami pojedzie, a kto musi zostać i czekać na inny transport – dodaje.
Trudne są nie tylko wybory, ale także takie sytuacje, jak ta sprzed kilku dni, gdy dwoje dzieci z lwowskiego szpitala, czekających na transport medyczny do Polski, musiało w nim pozostać, bo ich stan z dnia na dzień się pogorszył i lekarz prowadzący ocenił, że jest zbyt ryzykowny.
– Czasem nawet nie jesteśmy w stanie[paywall] sobie wyobrazić, co przeżywają matki tych dzieci. Już sama choroba jest ogromną tragedią. Tymczasem tu dochodzi stres związany z wojną, bariera językowa, niepewność jutra i tego, co ich dzieci czeka za granicą... Bywają też sytuacje, że z powodu strachu czy niewiedzy rodzice nie wyrażają zgody na transport dziecka do Polski. Wówczas lekarze w miarę możliwości organizują opiekę takich dzieci w schronach – opisuje medyk.
Z Ukrainy uciekają też ludzie starsi. Dla niektórych to ostatnia podróż. Ostatnio medycy z Nord Ambulanse próbowali ratować życie starszego mężczyzny, który razem z żoną próbował dotrzeć pociągiem do Polski. Gdy ratownicy schodzili schodami na peron, zostali zawołani przez obsługę pociągu ewakuacyjnego ukraińskich kolei. W jednym z wagonów leżał mężczyzna.
– Rozpoczęliśmy defibrylację. Defibrylator odebraliśmy akurat z paczkomatu 2 godziny wcześniej, zanim ruszyliśmy na granicę. Kupiliśmy go w ramach doposażenia karetki, którą dzień wcześniej odebraliśmy. Niestety zatrzymanie krążenia nastąpiło najpewniej wiele minut przed zatrzymaniem się pociągu na dworcu we Lwowie. Nie mieliśmy szans – stwierdza R. Sadowski.
Nie kryje żalu, że tym razem nie udało się pomóc.
Ekipa Nord Ambulanse od lat zajmowała się w Sopocie, ale i całym Trójmieście m.in. medycznym transportem lądowym i lotniczym. Kiedy na Ukrainie wybuchła wojna, szef firmy skrzyknął ekipę swoich ratowników i ruszyli na polsko-ukraińską granicę. Wspierają ich zaprzyjaźnieni medycy z Norwegii i Szwecji. Są zgraną, międzynarodową ekipą. Wymieniają się rotacyjnie.
– W Medyce, a teraz Chałupkach Medyckich, są od 3. dnia działań zbrojnych. Działają na trzy karetki, których łączna obsada to średnio 15 osób. Jak mówią, po stronie polskiej nie brakuje organizacji i osób prywatnych dających uciekającym wsparcie w różnych sektorach pomocy, w tym medycznym. Po stronie ukraińskiej dużo mniej. Dlatego zdecydowali się skupić na niesieniu pomocy właśnie tam.
Lwów jest obecnie jedynym dużym miastem, będącym w stanie kompleksowo obsługiwać pacjentów. Cała reszta szpitali w innych miastach jest albo zniszczona, albo działa w bardzo ograniczonym zakresie. Z nich pacjenci przewożeni są więc do placówek we Lwowie, ale te pękają już w szwach.
– Od samego początku nie zdarzyło się, byśmy jechali do Lwowa „na pusto”. Zawsze zabieramy tak bardzo potrzebny tam sprzęt medyczny, który przekazywany jest ze Szwecji i Norwegii, ale też przez Amerykanów. Kilka dni temu pomagaliśmy w konwoju 150 dzieci chorych onkologicznie. Trzeba było dowieźć je do pociągu medycznego, którym pojechały do specjalistycznych szpitali w: Krakowie, Rzeszowie, Warszawie czy Gdańsku. Ale nierzadko stamtąd trafiają potem do placówek w Europie – opisuje R. Sadowski.
Medycy nie ukrywają, że nierzadko mieli problem z zatankowaniem karetek. Paliwo finansowali głównie z własnych środków. I z tego, co spłynie z internetowych zbiórek, ale nie ma tego za wiele. Niedawno swoją pomoc spontanicznie zaoferował im Niemiec, który przekazał spory zastrzyk gotówki na paliwo.
Chciał w ten sposób okazać wsparcie Ukraińcom. Fundusze potrzebne są im też na bieżące naprawy samochodów. Karetki są już wyeksplatowane, bywają zawodne. W firmie w Trójmieście musiały zostać na stanie te, które na co dzień zabezpieczają opiekę medyczną polskim pacjentom.
Medycy z Nord Ambulanse dodatkowo jeden ambulans kupili dla szpitala Olewsku na Ukrainie. Po dokonanych zniszczeniach nie miał on do dyspozycji ani jednego środka transportu. Dwie kolejne już jadą w stronę Medyki, zostały przekazane przez Anglików. Zasilą ukraińskie organizacje we Lwowie.
– Codziennie szykujemy się do nowych zadań dnia następnego. Trzymamy się, a słowo „dziękuję” słyszane od ukraińskich matek i dzieci jest motorem napędowym naszych działań – słyszymy na koniec rozmowy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze