Rozmowa z Sarą Kołcz, uczestniczką Lavaredo Ultra Trailu we Włoszech, która przebiegła 80 kilometrów w górach w 16 godzin.
Pani Saro, rozmawialiśmy rok temu. Była Pani tuż po przebiegnięciu Ultramaratonu Podkarpackiego. 102 kilometry pokonała Pani w 12,5 godziny. Zdecydowała się Pani na tak ekstremalny wysiłek rok po urodzeniu córki, po cesarskim cięciu. Właśnie dostałem od Pani informację, że pokonała Pani Lavaredo Ultra Trail 80km w Cortina d’Ampezzo we Włoszech. Jaki charakter ma ten bieg?
- Przebiegłam 80km w Dolomitach. Łączne przewyższenie terenu to 5tys metrów, co oznacza dużą trudności trasy. Szlaki w górach to głównie kamieniste podłoże, które jest mocno wymagające dla pracy nóg, ale Alpy najpiękniejsze miejsce do biegania jakie tylko mogłam sobie wymarzyć. Jeszcze dwa lata temu Lavaredo Ultra Trail było czymś „niemożliwym”, a teraz jest niesamowitym wspomnieniem.
Jaki najtrudniejszy moment przeżywała Pani podczas biegu?
- Bieg w moim wykonaniu trwał ponad 16godzin. Przez tak długi czas przeplatały się okresy kiedy cieszyłam się widokami, miałam wrażenie, że frunę, a nie biegnę, ale były też momenty kiedy cierpiałam, przede wszystkim psychicznie. Długie, strome, mocno nasłonecznione podejścia, po drobnych kamieniach, które ranią kostki to spore wyzwanie. Zwłaszcza dla głowy. Wchodząc trzy godziny szybkim tempem, w praktycznie niezmieniającym się krajobrazowo miejscu, gdzie wszystko jest w białych kamieniach miałam wrażenie, że nie ruszam się z miejsca. A sił ubywa. Co ciekawe[paywall], nie walczyłam z typowym kryzysem, który właściwie miewałam z każdym ze startów.
Myślę, że to kwestia tego, że cieszyłam się każdym momentem. Byłam wdzięczna za każdą sekundę, bo właśnie spełniałam swoje największe marzenie. Dlatego jeśli pyta mnie Pan o najtrudniejszy moment, nie jestem w stanie takiego przytoczyć. W ogólnym rozrachunku to był najtrudniejszy bieg, w jakim przyszło mi wziąć udział, ale też zdecydowanie najpiękniejszy.
Na prawie każdym zdjęciu przesłanym do naszej redakcji jest pani uśmiechnięta, wręcz szczęśliwa, pomimo morderczego wysiłku. Co takiego odkryła Pani w bieganiu?
- Bieganie nauczyło mnie być wdzięczną za to, co mam. Nauczyło mnie zauważać proste rzeczy. Wschód słońca w górach, zachód, powietrze, które zmienia się wraz z wysokością i porą dnia. Wiatr. Wszystko mnie zachwyca. Ciągle się uśmiecham na zdjęciach, bo czuję się spełniona. Wiem, że to gdzie w tej chwili się znajduję pracowałam każdego dnia. Nie doceniamy tego, co możemy osiągnąć w ciągu roku, ale przeceniamy to, co możemy osiągnąć w ciągu jednego dnia. To codzienna, mrówcza praca zrealizowała moje marzenie, dlatego też codziennie byłam wdzięczna za każdą możliwość wyjścia na trening.
Codziennie się uśmiecham, bo codziennie jestem bliższa realizacji kolejnego marzenia. Żeby wziąć udział w biegu w Alpach, podczas rejestracji trzeba wykazać się doświadczeniem biegowym. Biorąc udział w poprzednich startach dałam sobie szansę na udział w Lavaredo Ultra Trail, a ten zbliżył mnie to realizacji kolejnego. Nic by się nie wydarzyło, gdybym któregoś dnia nie zadecydowała, że pójdę, a właściwie pobiegnę swoją ścieżką przez życie.

fot.archiwum prywatne
Długie, strome, mocno nasłonecznione podejścia, po drobnych kamieniach, które ranią kostki to spore wyzwanie.
Jak Pani udaje się godzić obowiązki mamy, żony, obowiązki zawodowe z wyczerpującym i systematycznym treningiem?
- To bardzo trudne, to prawda. Oznacza to wykorzystywanie maksymalnie danego mi czasu, umiejętne jego organizowanie, ale też rezygnowanie z wielu rzeczy. Na pewno ucierpiały moje relacje ze znajomymi, z czym jest mi ciężko. Mając dwie godziny wolnej przestrzeni miedzy obowiązkami zawodowymi, a domowymi zdecydowanie wybiorę czas z córką, czy trening, niż wyjście na kawę z koleżankami.
Czytanie książek również zeszło na dalszy plan, nie mówiąc już o typowym leżeniu na kanapie. W tym roku obchodzę trzydzieste Obiecałam sobie, że postawię na realizację marzeń. Znajomi, jeśli prawdziwi, na pewno na mnie zaczekają.
Prywatnie jest Pani osobą w ciągły w ruchu. Pani córka ma obecnie dwa lata. Rok temu skierowała Pani apel do młodych mam, aby po urodzeniu dziecka nie rezygnowały ze swoich marzeń i pasji. Mówiła Pani: - Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. To nadal Pani dewiza?
- Oczywiście! Mąż zawsze czeka na mnie z córką podczas startów. Szczęścia nie da opisać się słowami, natomiast myślę, że córka czuje moje emocje gdy razem z nią przebiegam linię mety. Byłam pierwszą kobietą na mecie podczas Ultramaratonu Podkarpackiego 70km. Wybiegła do mnie na kilka metrów przed linia. Nie mogłam powstrzymać łez. Czy jest coś piękniejszego niż trzymanie swojego całego świata na rękach w momencie, kiedy ma się poczucie, że świat w innym kontekście leży u Twoich stóp?
Pokaż dziecku, że można się spełniać, a na pewno będzie chciało realizować swoje marzenia. Z pewnością nie będzie szukało powodów do rezygnowania z pięknego życia, a będzie poszukiwało sposobów do życia według własnych zasad. Żeby zaprószyć ogień, samemu trzeba płonąć. To kolejna z moich dewiz.
Jakie następne wyzwanie?
Szwajcarskie Alpy 110km i 6tyś przewyższeń. Będzie wymagająco, ale na pewno ten bieg da mi siłę do zrealizowania mojego największego marzenia w przyszłym roku. Pozostawię to tajemnicą, bo wiele pracy przede mną i wiele czynników, na które nie mam wpływu. Zrobię co w mojej mocy, żeby za jakiś czas opowiedzieć Panu o kolejnym rozdziale w mojej biegowej bajce.

fot.archiwum prywatne
Pokaż dziecku, że można się spełniać, a na pewno będzie chciało realizować swoje marzenia. Z pewnością nie będzie szukało powodów do rezygnowania z pięknego życia, a będzie poszukiwało sposobów do życia według własnych zasad. Żeby zaprószyć ogień, samemu trzeba płonąć. To kolejna z moich dewiz.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze