Nie da się przeprowadzić kajaku przez kanał na jazie, bo się niszczy. Poza tym nie rozumiemy, dlaczego cały czas świeci się tam czerwone światło – poskarżyła się nam grupa kajakarzy, która bardzo chciała przepłynąć nurtem Sanu przez Przemyśl, ale, niestety, musiała zdać kajaki w kilkaset metrów wyżej, w Ostrowie.
Kanał do spławiania kajaków był jednym z dodatkowych elementów kosztującej miliony euro przebudowy jazu piętrzącego wodę na Sanie. Zaprojektowano go w postaci żelbetowego koryta o szerokości 1,2 metra. Całkowita długość kanału wraz z zatokami do cumowania wynosi około 140 metrów. Od samego początku było wiadomo, że kanałem tym nie można przepłynąć. Obejście przeznaczone jest tylko dla osób chcących kontynuować spływ za przepławką dla ryb. Są one zobowiązane do stosowania się do: instrukcji, regulaminu, znaków oraz sygnalizacji zamieszczonych na terenie obejścia, czyli zatoki wejściowej. Pozostałe osoby – kończące spływ przed przepławką dla ryb – zobowiązane są do skorzystania z oznakowanego wejścia na lewym brzegu, znajdującego się około 300 metrów przed przepławką. Pod warunkiem, że pali się zielone światło[paywall].
fot.Mariusz Godos
Reguły są jasno ustalone. Przy podeście jest duża tablica informująca o zasadach korzystania z kanału.
Jednym z pasjonatów spływów jest inspektor ds. mediów w Starostwie Powiatowym w Przemyślu Zdzisław Szeliga. – Na stare lata postanowiłem trochę się uaktywnić. Wziąłem już udział w sześciu spływach Sanem. Najczęściej na trasie Krasiczyn – Przemyśl. Kajaki wypożyczamy u pana Dobosiewicza. Niestety, nie można płynąć dalej, czyli podziwiać piękna naszego miasta z pozycji kajakarza. Problemem jest kanał do przeprowadzania kajaków. Po prostu w kanale kajak się niszczy. Niemal wszyscy amatorzy tego sportu wysiadają przed przepławką, wyciągają kajak i zostawiają go u znajomego gospodarza w Ostrowie, skąd zabiera go pan Dobosiewicz. Muszę przyznać, że trochę to dziwne rozwiązanie, bo właśnie spływy kajakowe miały być atutem promocyjnym Przemyśla – powiedział Z. Szeliga.
Kiedy jednak dokładnie obejrzy się kanał i teren wokół niego, można odnieść wrażenie, że pretensje amatorów kajaków są raczej przesadzone. Reguły są jasno ustalone. Przy podeście jest duża tablica informująca o zasadach korzystania z kanału. Przede wszystkim spływu nie wolno kontynuować w kanale. Nie można w nim spławiać pontonów i innych obiektów pływających o szerokości przekraczającej 1 metr. Spławianie kajaka jest możliwe tylko i wyłącznie przy zapalonym zielonym świetle. Gdy świeci się czerwone, jest zakaz. Wówczas kajak trzeba wyciągnąć z wody i go po prostu przenieść do zatoki za kanałem. Podobnie ewentualne bagaże.
Rozmawialiśmy zarówno z właścicielem wypożyczalni sprzętu, jak i z samymi kajakarzami. Przyznaję szczerze, nie rozumiem ich pretensji – uważa prezes spółki Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Przemyślu Małgorzata Ossowska. – Nie wiem, jak kajak może się zniszczyć, kiedy kanał z obu stron wyłożony jest gumą o grubości kilku centymetrów. Nie ma gdzie się poobijać. Skarżyli się, że światło jest niewidoczne. Moim zdaniem jednak bardziej widoczne być nie może. Mówili, że czerwone świeci się czasami godzinami. Może świecić się nawet całymi dniami. To nie zależy od nas, a od specjalnych czujników, które sygnalizują poziom wody. Jeśli jest za wysoki lub za niski, czerwone światło będzie świecić non stop. Z naturą nie wygramy, choćbyśmy włożyli w to kolejne miliony euro – tłumaczy prezes PWiK. – Na bardzo czytelnej tablicy jest instrukcja, jak korzystać z kanału, ale bywają sytuacje, że kajakarze po prostu się do niej nie stosują. Mamy zamontowany monitoring i wiemy, że były przypadki, kiedy kajakarze kontynuowali spływ kanałem, co jest absolutnie niedopuszczalne – podsumowała M. Ossowska.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że zupełnie zdezinformowani mogą się czuć kajakarze, którzy po raz pierwszy postanowili spłynąć Sanem. Około 200 m powyżej przepławki, tam, gdzie jest stara zatoczka dla kajaków, po obu stronach Sanu widnieją cztery tabliczki, informujące, że dalej... płynąć nie można.

fot.Mariusz Godos
Tam, gdzie jest stara zatoczka dla kajaków, po obu stronach Sanu widnieją cztery tabliczki, informujące, że dalej... płynąć nie można.
„Zakaz kontynuowania spływu. Wyjście z wody lewym brzegiem” – taki napis widnieje na jednej z nich. W przemyskim PWiK-u nic o nich nie wiedzieli. – Oczywiście zainteresujemy się sprawą i jak najszybciej będziemy chcieli te dezinformujące tablice zdemontować – zapewnił kierownik działu inwestycji przedsiębiorstwa Marek Czerw.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Tak to jest jak się partacze zabierają za coś na czym się totalnie nie znają.
Nastepna spartolona inwestycja w Przemyslu.Przez ta nowa przepławke nawet ryba nie przechodzi,ale o tym dowiemy sie pózniej jak zwykle.To,ze San stał sie niespławny wiedzielismy juz od poczatku lecz nikt nie raczył zapytac o zdanie ludzi którzy spływaja kajakiem z nurtem Sanu od lat.Pomysł jest prosty do naprawienia bo należy tylko zamontowac slizgawke umocowana pod odpowiednim kontem po której bedzie płyneła woda jako smar,a całosc umocowana na pływakach.
Czyli wyszło jak zwykle
Tak to jest jak się partacze zabierają za coś na czym się totalnie nie znają.
Nastepna spartolona inwestycja w Przemyslu.Przez ta nowa przepławke nawet ryba nie przechodzi,ale o tym dowiemy sie pózniej jak zwykle.To,ze San stał sie niespławny wiedzielismy juz od poczatku lecz nikt nie raczył zapytac o zdanie ludzi którzy spływaja kajakiem z nurtem Sanu od lat.Pomysł jest prosty do naprawienia bo należy tylko zamontowac slizgawke umocowana pod odpowiednim kontem po której bedzie płyneła woda jako smar,a całosc umocowana na pływakach.