HISTORIE DAWNE ŻP Przemyskiego burmistrza (1901 – 1914) nazywano arcykapłanem kłamstwa i obłudnikiem. Wspinał się w hierarchii służbowej po przysłowiowych trupach. Patologicznie kochał być u władzy. Pracował w magistracie na różnych stanowiskach aż przez 33 lata. W tym czasie uczestniczył w kilkunastu organizacjach i instytucjach. Mimo śmiertelnej choroby płuc (suchota) nie chciał zrezygnować ze swojej pracy. Na dodatek w 1908 roku został posłem do Sejmu Krajowego. W styczniu 1914 roku wywieziono fanatycznego urzędnika z urzędu miejskiego niemal na taczkach. W mieście nastały rządy komisaryczne.
Przez 16 lat Bazyli Hałujka za nędzne wynagrodzenie był zatrudniony w magistracie przemyskim jako zamiatacz ulic. Na skutek nędzy drobił się suchoty. Biedak wciąż chorował i nigdy nie miał na leczenie choćby kilku centów w kupie, dlatego powoli konał, trawiony ciężką chorobę. W tej sytuacji nie mógł ratować ani siebie, ani swoich dzieci, których pięcioro zmarło po kolei na różne choroby. Znękany chodził biedak do swojej ciężkiej pracy, poniewierany na każdym kroku przez panów z magistratu.
W 1908 roku wydarzył się Hałujce wypadek przy robotach ziemnych, przy ulicy Krętej (obecnie Kmity). Wtedy spadły na niego kamienie i złamały mu lewą nogę, a także uszkodziły wnętrzności jamy brzusznej. W ten sposób został cierpiącym kaleką bez pracy i zarobku. Rodzina jego została skazana na skrajną nędzę i fizyczną zagładę.
Okazało się, że burmistrz Franciszek Doliński[paywall] – jak donosił „Nowy Głos Przemyski” 14 maja 1911 roku – nie ubezpieczył swego pracownika, a tym samym przez długie lata pracował bez umowy, czyli „na czarno”. Gazeta komentowała to tak: „Pan Doliński o takich sprawach nie pamięta. Co jego tam obchodzą robotnicy gminni, gdzie on ma czas dbać o los jakiegoś zamiatacza ulic! Jemu ważniejszy jest jego dobrobyt, jego płaca 12 000 koron rocznie za burmistrzostwo. Jemu ważniejszy Scheinbach, kahał i jego łapownicy. Dlatego Hałujka został biedny i opuszczony”.
Na nic zdały się łzy i rozpacz biednej żony Marii, która prosiła burmistrza, wręcz żebrała o ratunek dla kalekiego męża. Niestety, nie chciał nawet kobieciny wysłuchać, a na dodatek przepędził ją z magistratu. Tymczasem noga Bazylego coraz gorzej puchła i gniła tak, że musiano ją w szpitalu przy ul. Buszkowickiej amputować. Po tej operacji poruszał się już na szczudłach.
W wynajmowanej piwnicznej izbie przy ul. Węgierskiej (Grunwaldzka) zapanowała u Hałujków straszna bieda. Znikąd pomocy, ratunku ani nawet dobrego słowa. 16 lat zamiatania na przemyskich ulicach poszło w niepamięć, bo magistrat wobec byłego pracownika był nieczuły. Burmistrz Doliński i lekarz miejski Franciszek Trybulec nie chcieli nawet patrzeć na jego kalectwo. Otrzymywał jednie tygodniowo – jako ochłap – 4 korony zapomogi (wtedy równowartość 2 kg słoniny). W tej sytuacji Hałujkowie wyprzedali prawie wszystkie graty domowe. Izba stała się niepodobna do mieszkania, a na dodatek w tej dusznej dziupli wilgoć żarła ściany.
„Nowy Głos Przemyski” kontynuował temat w ten sposób: „Nie tak sobie mieszka p. burmistrz, który nie ma serca dla biedaka, co prawie życie utracił na szlichtowaniu magistrackiego kamienia. (…) Byłby Hałujka sam się zerwał z posłania i powlókł do burmistrza (…), aby upomnieć się o swoją krzywdę, ale choroba zmogła go w ostatnich tygodniach. Mocował się jeszcze trochę ze śmiercią – ale jej nie podołał, bo nie miał pomocy i ratunku (…). Miał 46 lat. Ostatnie jego słowa były przekleństwem dla magistratu, który go opuścił w tak ciężkiej potrzebie”.
Kiedy człowiek umiera i żegna się z tym światem, trzeba go godnie pochować. Hałujkowa nie miała z czego sprawić mężowi pogrzebu, dlatego po pomoc poszła do magistratu. Tam po długich prośbach i naleganiach wyprosiła całych 12 koron odczepnego, mimo że sama trumna kosztowała 18. W tej sytuacji poszła z płaczem na żebry po dobrych ludziach i opowiadała im o swojej niedoli i okrucieństwie burmistrza Dolińskiego. Swoje kroki skierowała też do posła Hermana Liebermana, który nieco ją wspomógł. Mimo to zebrane pieniądze nie wystarczyły jednak na cały pochówek.
Obrzęd pogrzebowy odbył się 11 maja 1911 roku. Ulicą Węgierską (Grunwaldzka) snuł się przez całe miasto ku cmentarzowi kondukt żałobny. Czarną, prostą trumnę nieśli na swoich spracowanych plecach magistraccy zamiatacze ulic. Za nią kroczyły ich rodziny, a także nieliczni sąsiedzi oraz bezrobotni nędzarze. Zmarłego odprowadzono na miejsce wiecznego spoczynku, gdzie żaden przedstawiciel z urzędu miejskiego nie raczył przybyć i położyć na świeżej mogile choćby symbolicznego kwiatka.
Tygodnik przemyski całą sprawę podsumował bardzo krytycznie: „Magistrat – p. Doliński pracodawca jednak nie miał serca ani czasu na to, aby zwrócić swoją uwagę w stronę biedaka. (…) Taki z niego „katolik”, takie on ma chrześcijańskie serce dla biednego ludu. Już lepsze, by znalazł może nawet u Lutra albo u Kalwina. Mają więc biedni ludzie jeszcze raz dowód, jak panowie z magistratu poniewierają nędzarzy (…), jak u nich nie ma litości ni dobroci za pół grosza”.
W styczniu 1914 roku wywieziono z urzędu miejskiego burmistrza Franciszka Dolińskiego niemal na taczkach. W mieście nastały rządy komisaryczne. Doliński (ur. 1852) przeżył Bazylego Hałujkę o trzy lata. Mimo że żył w dobrobycie – zmarł na suchoty w wieku 62 lat 25 marca 1914 roku, a trzy dni później odbył się pogrzeb („Nowości Ilustrowane” 1914 nr 14).
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze