Rozpoczął się sezon grzewczy i pojawiły się apele do ludności o ostrożne obchodzenie się z urządzeniami grzewczymi, ale ludność, jak to ludność. Swoje wie. – Całe życie rozpalałam w kuchni naftą i niech mi się nikt nie mądrzy – obrusza się dziewięćdziesięcioletnia gospodyni. W jej przypadku można to tłumaczyć wiekiem, ale co powiedzieć o dwa razy młodszym mężczyźnie, który przez głupotę sprowadził poważne zagrożenie pożarem.
Dominik, bo o nim tu mowa, mieszkał z rodzicami w jednym z trzech dwupiętrowych bloków, które w wiosce nazywali osiedlem. Ponieważ rzadko zdarzało mu się pracować, miał wiele wolnego czasu, którego większą część spędzał w komórce. Tu trzeba wyjaśnić, że kiedyś dla wygody mieszkańców zbudowano szereg komórek i Dominik, nie mogąc znieść zrzędzenia rodziców, zaanektował jedną z nich. Urządził się całkiem fajnie. Ściany obił tekturą, żeby nie wiało, wniósł starą wersalkę, a na pozostałej powierzchni urządził graciarnię, którą nazywał warsztatem. Przesiadywał tam całymi godzinami, słuchając radia i dłubiąc w starych silnikach elektrycznych. Dość często zdarzało się też, że odwiedzali go koledzy. Zwłaszcza wtedy, kiedy padało albo było zimno, co można wytłumaczyć tym, że spożywanie w ulewnym deszczu albo przy siarczystym mrozie nie należy do przyjemności. Dominik wtedy wczuwał się w rolę gospodarza. Sprzątał rupiecie ze stolika, organizował jakieś siedzenia i włączał starą elektryczną kuchenkę ze spiralą, żeby gości poczęstować kawą. Nie była to żadna melina, co najwyżej nieformalny klub osiedlowy. Owszem, spożywano tam, ale zwykle z umiarem, bez ekscesów i nikomu to nie przeszkadzało. Aż do poprzedniej zimy.
Pod koniec stycznia trochę przymroziło i na ścianach komórki pojawił się szron. Późnym popołudniem Dominik poszedł do komórki, włączył kuchenkę, żeby nie zamarznąć i czekał, aż ktoś go odwiedzi. Wpadł znajomy z flaszką, którą, żeby się rozgrzać, obalili w ekspresowym tempie. Po jego wyjściu przyszedł następny i też coś przyniósł. Po tej wizycie Dominikowi się przysnęło. Obudził się, kiedy wnętrze zaczynało się już palić. W panice, nie myśląc o gaszeniu, uciekł do mieszkania. Dobrze, że w sąsiednim bloku mieszkali dwaj strażacy ochotnicy, którzy pierwsi podjęli akcję. Wprawdzie dziesięć minut później bojowym wozem przyjechali ich koledzy, ale komórki Dominika nie udało się uratować. Dwie sąsiednie też były mocno nadpalone. Dominik usłyszał zarzuty z artykułu 163., paragraf 2., a rozprawa odbędzie się na początku grudnia.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze