Reklama

Obrazki z wojennego Lwowa [ZDJĘCIA]

28/08/2022 16:51

Piątek, 12 sierpnia, sto siedemdziesiąty pierwszy dzień wojny w Ukrainie. Tuż za przejściem granicznym w Medyce na pierwszy rzut oka wojny nie widać. Może tylko ruch jest zdecydowanie mniejszy, przed szlabanem zaledwie jedno auto czeka na wjazd do Polski i wszędzie kręcą się ukraińscy pogranicznicy z długą bronią.

Do Lwowa zabieram się Uberem, bezkosztowno, to taki gest dla tysięcy podróżnych, których wojna zmusiła do przejazdów w jedną i drugą stronę na trasie Szeginie – Lwów.

Tuż za Szeginiami pierwszy blockpost. Po obu stronach drogi zespawane z szyn przeciwczołgowe jeże, worki z piaskiem, flaga Ukrainy i żywego ducha. Trochę dalej zaczyna się przeszło dwudziestokilometrowa kolejka tirów.

Przed samym Lwowem następny blockpost, tu żołnierze i policjanci w kamizelkach kuloodpornych i z długą bronią wyglądają naprawdę bojowo. Slalomem omijamy betonowe zapory i wreszcie znajome plaskanie opon po wyślizganym bruku, to już Gródecka.

Przed Głównym Dworcem dużo mundurów. Wszędzie kręcą się kilkuosobowe uzbrojone patrole. Pod ścianą dworca na wypakowanych plecakach siedzą żołnierze i czekają na swoje pociągi, inni żegnają się z rodzinami.

W namiotach ustawionych przed dworcem działają punkty informacyjne i żywnościowe dla uchodźców. Żałuję, że nie mogę fotografować, ale w lwowskim Media Centre pouczono mnie, co wolno fotografować, a czego nie.

Ostatni raz byłem tu ponad dwa lata temu i to, co dzisiaj zobaczyłem, wystarczyło, żebym poczuł klimat wojny, która wprawdzie toczy się tysiąc kilometrów dalej, ale tutaj też dociera w postaci rosyjskich rakiet i informacji z frontu o poległych oraz rannych lwowskich chłopakach – jak lwowiacy mówią o swoich żołnierzach.

Marsowe Pole

Na drugi dzień wybrałem się na Marsowe Pole. To taki stary wojenny cmentarz przylegający do Cmentarza Łyczakowskiego, na którym od 1918 roku chowano żołnierzy poległych w walkach.

Od kwietnia tego roku powstały tu dwie nowe kwatery, razem ponad sto grobów. Te z kwietnia, najwcześniejsze – oszalowane deskami lub płytami, te późniejsze – tylko usypane z ziemi mogiły. Na każdej drewniany krzyż, oprawione zdjęcie i informacja z datą śmierci.

Najświeższa to ta z szóstego sierpnia. Najmłodszy z pochowanych tu miał dziewiętnaście lat, najstarszy czterdzieści kilka. Nad większością grobów powiewają flagi Ukrainy albo ochotniczych batalionów. Dużo kwiatów i palące się znicze.

Przy końcu drugiej kwatery właśnie trwa pogrzeb. Podchodzę do młodego żołnierza, który przyszedł z bukietem kwiatów i rozgląda się bezradnie.

– Masz tu przyjaciół i kolegów? – pytam.

– Trzynastu i tu też jest pochowany mój brat, tylko nie mogę znaleźć jego grobu, bo kiedy byłem tu w kwietniu, wszystko inaczej wyglądało – odpowiada i rozgląda się.

Szukamy razem i[paywall] znajdujemy na początku pierwszej kwatery, gdzie pochowano poległych w pierwszych dniach kwietnia. Chłopak przyklęka, kładzie bratu żółto-niebieskie kwiaty i całuje krzyż. Na jego twarzy widać emocje tłumione z wielkim trudem.

Reklama


Tego dnia ukraiński sztab generalny w Ukrainie podał informację, że w walce z najeźdźcą zginęło dotąd 43 tysiące 400 żołnierzy. Na Marsowym Polu już wyznaczono miejsce na kolejną kwaterę.

Wojenny czas

Lwów niby ten sam, ale w Bazylice Archikatedralnej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, zwanej potocznie katedrą łacińską, witraże Józefa Mehoffera, Jana Matejki i Tomasza Lisiewicza zabezpieczono arkuszami stalowej blachy.

Na początku Łyczakowskiej, w poklasztornym budynku, gdzie mieszczą się biblioteka i muzeum rzeźb Pinzla, wszystkie okna zasłonięte workami z piaskiem. W niektórych kamienicach okna zabezpiecza przyklejona na krzyż taśma.

Na rynku instalacja ze świadectwami bohaterstwa poległych. Ludzie przystają, czytają i tak jak u nas na klepsydrach szukają znajomych nazwisk.

W podziemiach cerkwi katolickiej obrządku bizantyjsko-ukraińskiego pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła (dawny kościół Jezuitów), będącej kościołem garnizonowym Sił Zbrojnych Ukrainy garnizonu lwowskiego, jest schron, a wewnątrz świątyni, w bocznej nawie, wojenna ekspozycja. Instalacja z papierowych gołębi symbolizujących dusze poległych.

Poniżej artefakty: odłamki pocisków, fragmenty rakiet, przestrzelona manierka i inne wojenne pamiątki. Po wyjściu ze świątyni mural na ścianie przedstawiający scenę pożegnania żołnierza z dziewczyną znów przypomina o wojnie.

W ogródkach kawiarnianych, gdzie kiedyś były tłumy, dzisiaj raczej pustawo, podobnie na Ormiańskiej, niegdyś obowiązkowej trasie turystycznej, gdzie co krok słyszało się polską mowę.

Spotykam znajomego, który kiedyś żył z obwoźnej sprzedaży wydawnictw turystycznych. Próbuje mi sprzedać papier toaletowy z wizerunkiem Putina i prosi: – Przyślij tu parę wycieczek, bo nie mam z czego żyć.

Reklama

Trofea

Na rynku też zmiany. Ratusz ogrodzony barierkami. Fontanny w czterech rogach rynku zabezpieczone workami z piaskiem, ale pewnie, żeby nie potęgować wojennej grozy, obudowano je banerami z nadrukowanymi postaciami posągów ukrytych pod workami.

Koło fontanny Diany fragment skrzydła zestrzelonego rosyjskiego samolotu SU 35. Największe atrakcje są po drugiej stronie ratusza. Zniszczony w walkach rosyjski sprzęt. Ciężka samobieżna haubica kalibru 152 milimetry, czołg T 62, bojowy wóz piechoty i potężny zestaw artyleryjski.

Wszystko popalone, podziurawione ukraińskimi pociskami i rakietami. To część objazdowej wystawy, która ma pokazać skuteczność ukraińskiej armii.

Ludzie fotografują siebie albo dzieci na tle zniszczonych pojazdów. Mężczyźni dokładnie oglądają wraki i wymieniają się fachowymi uwagami, dzieci nieśmiało dotykają gąsienic wrogiego czołgu, a odważniejsze próbują się na niego wspiąć.

Atmosfera trochę piknikowa. Co ciekawe, wśród tłumu oglądających nie widziałem mundurów, tak widocznych gdzie indziej. Myślę, że to chyba nie jest atrakcja dla wojskowych. Oni taki sprzęt już widzieli w realu, w czasie walki, często w dramatycznych sytuacjach.

Wojenny reżim

We Lwowie od dwudziestej trzeciej do piątej rano obowiązuje godzina policyjna zwana tu komendancką. Kilka razy w tygodniu, najczęściej w nocy, syreny ogłaszają alarm.

Pytałem znajomego, który prowadzi niewielki biznes, a dodatkowo w nocy pełni funkcję osiedlowego szefa samoobrony, jak się zachować w czasie takiego alarmu.

– Jeszcze na początku wojny, jak był alarm, ludzie schodzili do piwnic przystosowanych na schrony, ale teraz się przyzwyczaili i raczej nie schodzą – wytłumaczył.

Wieczorem zadzwoniłem do Odessy, do znajomego. W tle rozmowy usłyszałem syreny. – Rakiety już pewnie lecą. Może nawet w waszym kierunku – wyjaśnił znajomy.

Parę godzin później obudziło mnie wycie syren, kiedy po dziesięciu minutach ucichły, uznałem, że alarm został odwołany i nie skorzystałem ze schronu, tym bardziej, że nie znałem jego lokalizacji.

Reklama

Inny Lwów

Chociaż nieźle znam Lwów, niecałe trzy dni to stanowczo za mało, żeby zrozumieć, jak wojna zmieniła to miasto.

W jej pierwszych dniach istniała obawa, że Rosjanie uderzą od strony Białorusi, skąd do Lwowa jest dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Potem, kiedy front przeniósł się na Wschód, strach zmalał, ale wtedy pojawiła się fala uchodźców, z których wielu zostało w mieście.

Osiemnastego kwietnia na Lwów spadło pięć rosyjskich rakiet. Siedem osób zginęło i jedenaście zostało rannych. Wojna dotarła do miasta.

Później już takich ataków nie było. Ludzie powoli przywykli do nowej sytuacji i w miarę możliwości starają się żyć normalnie. Kursują tramwaje, sklepy otwarte są do późna, uliczni grajkowie zarabiają na życie, ale jednak to nie ten sam Lwów, który pamiętam sprzed dwóch lat.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości