Parę miesięcy temu, pisałem o łańcuszku pomocy, jakiej doświadczył bezdomny Wiesław K.. Parę miesięcy później życie dopisało dalszy ciąg historii z Wieśkiem w roli głównej.
Siostra Gabriela ze Zgromadzenia Sióstr Świętego Feliksa z Kantalicjo, która od lat prowadzi kuchnię dla ubogich i bezdomnych, od jednego korzystających z niej dowiedziała się, że Wiesiek mieszka w komórce i nie może chodzić, bo choruje na nogi. Zadzwoniła (nie po raz pierwszy) do straży miejskiej, że przydałby się wózek inwalidzki dla tego pana.
Dwa dni później strażnicy przywieźli wózek na podwórko jednej z kamienic przy ulicy Piotra Skargi, gdzie w kącie, w starej komórce po dawnym garażu mieszkał Wiesiek. Posadzili go na wózek i pouczyli, jak powinien jeździć, a siostra Gabriela wypytała go o zdrowie i przekonywała, żeby jednak nie rezygnował z opieki lekarskiej. Parę miesięcy później kto inny wyciągnął do niego pomocną dłoń. Biedny człowiek
– To było rok temu. Wyszłam z psem na podwórko przed kamienicą i zobaczyłam, że jakiś mężczyzna podpierający się kulą grzebie w śmietniku – opowiada młoda kobieta. Pomyślałam – pewnie bezdomny i zapytałam go, czy jest głodny, a on na to, że jeszcze dzisiaj nic nie jadł. Powiedziałam, żeby poczekał, to przyniosę mu coś do jedzenia i poszłam do mieszkania, a następnie powiedziałam o tym mężowi. Sami nie mamy za dużo, ale daliśmy mu jakieś konserwy, miód i coś jeszcze. Długą chwilę rozmawialiśmy. Powiedział, że ma na imię Wiesiek. Wydał mi się sympatyczny i zrobiło mi się go żal. Dałam mu numer domofonu i powiedziałam, żeby zadzwonił, kiedy będzie czegoś potrzebował. Przez dwa miesiące się nie odzywał i pomyślałam, że pewnie taki honorowy i nie chce żebrać. Wreszcie zadzwonił i zapytał, czy mogłabym mu zrobić pranie. Wyprałam mu rzeczy, dałam pierogi i jakieś jedzenie. Skarżył się, że nie ma co robić z czasem, to kupiłam mu krzyżówkę, a mąż dał mu latarkę, żeby miał przy czym czytać i maszynkę do golenia. Wtedy już jeździł na wózku. Jakiś czas później ktoś zadzwonił do drzwi, otwieram, a to pan Wiesiek. Trochę się zdziwiłam, jak on, z chorymi nogami, wszedł na piętro i pytam, jak się tu dostał. Powiedział, że się doczołgał, więc jeszcze bardziej zrobiło mi się go żal. Zaprosiłam go do kuchni, zrobiłam kawę, podzieliłam się jedzeniem. Poprosił męża[paywall]o rękawiczki, żeby mu się lepiej jeździło na wózku. Mąż dał mu, ale on powiedział, że są niedobre, więc kupił mu drugie. Dwa miesiące temu wracałam z Biedronki z ciężkimi torbami i zobaczyłam go na ulicy. Pomachałam mu, na co zaproponował mi pomoc. Wstał z wózka, wziął ode mnie czteropak coli i wniósł po schodach na pierwsze piętro. Powiedziałam, żeby się nie wygłupiał, ale odpowiedział, że już mu się lepiej chodzi. Po jakimś czasie przyszły dla niego pieniądze. Trzysta złotych z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, bo dałam mu mój adres. Mąż odszukał go i przekazał gotówkę. Wziął i długo się nie pokazywał, aż kiedyś zadzwonił i poprosił o sto pięćdziesiąt złotych. Nam się nie przelewa, więc odmówiłam i wyglądało na to, że się obraził. W czwartek (9 marca – przyp. J.S) znowu przyszedł. My z mężem jesteśmy wrogami alkoholu, więc z miejsca poczułam, że musiał coś wypić, ale zrobiłam mu herbatę, dałam jeść i poszłam do pokoju przebrać dziecko. Po dwóch godzinach powiedziałam, że mam swoje sprawy i nie mogę mu towarzyszyć, więc poszedł jakby trochę niezadowolony – relacjonuje kobieta.
– Po tym wszystkim sięgnęłam do szafki po książkę „Mitologia nordycka”, bo nie dokończyłam ostatniego rozdziału, ale książki nie było. Wtedy zauważyłam, że nie ma też telefonu i powerbanku, klucza do drzwi, a chwilę później stwierdziłam brak złotych kolczyków, które były dla mnie ważną pamiątką, bo dostałam je od męża po urodzeniu dziecka. Dotarło do mnie, że Wiesiek to ukradł. Zadzwoniłam do niego, żeby mi to oddał, ale on się obruszył i wszystkiemu zaprzeczył. Nie lubię robić komuś problemów, ale nie miałam wyjścia i zadzwoniłam na policję.
Kiedy przyszłam do niego z policją, był tak pijany, że nie mógł trafić wózkiem do komórki i zaczepił o stojące tam auto. Wewnątrz, koło jego barłogu leżała moja książka i powerbank. Klucz znalazł się na podwórku, ale telefonu i kolczyków nie było. Ponieważ Wiesiek w stosunku do policjantów był wulgarny i nie reagował na ich polecenia, zabrali go do izby wytrzeźwień. I to właściwie koniec tej historii, ale nie mogę zrozumieć, jak ktoś, komu tyle pomogliśmy, mógł tak postąpić. Nie wiem, czy w przyszłości będę potrafiła jeszcze komuś pomóc. Na pewno będę ostrożniejsza – kończy kobieta.
W Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej znają sprawę Wieśka. Dwukrotnie proponowano mu schronisko dla osób z niepełnosprawnością, ale odmówił, bo do Gwizdaja, gdzie się mieści placówka, jest za daleko. Z Domu Opieki Społecznej też nie chciał skorzystać, gdyż tam jest obowiązek alimentacyjny i nie chciał nim obciążać swoich dzieci. Teraz policja prowadzi przeciwko niemu sprawę o kradzież, obrażanie funkcjonariuszy na służbie i niestosowanie się do ich poleceń.
Kiedy próbowałem z nim rozmawiać, powiedział, że żadnych kolczyków nie ukradł, a książkę ta pani sama mu pożyczyła. Wieśka często można spotkać koło domu handlowego „Szpak”, jak kręci się tam na swoim wózku, wzbudzając litość przechodniów.

fot.Jacek Szwic
Złoty kolczyk, jeden z pary, którą ukradł Wiesiek.

fot.Jacek Szwic
Komórka, w której koczuje.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze