Rozmowa z Kazimierzem Koreckim – byłym bokserem, trenerem tej dyscypliny sportu.
Chłopcy Twojego pokolenia, z lat 50. ubiegłego wieku masowo uprawiali różne dyscypliny sportu, głównie piłkę nożną. Ty wybrałeś boks. Dlaczego?
– Ja też, jak każdy chłopak, kopałem piłkę. Do trenowania boksu namówili mnie wujkowie, którzy amatorsko bawili się boksowaniem pod okiem trenera Mariana Słabickiego[paywall].
W tamtych latach boks był bardzo popularną dyscypliną w Przemyślu. Były sekcje boksu w: Gwardii, Polonii, Błyskawicy, Starcie. Ty poszedłeś do Czuwaju…
– Zapomniałeś jeszcze o sekcji LZS Bakończyce… Dlaczego Czuwaj? Pierwszy powód to wspomniani wujkowie, drugi to przypadek. W poszukiwaniu sportowej rozrywki trafiłem na trening bokserów tego klubu, który odbywał się… w świetlicy przemyskiego dworca kolejowego. Tej samej, która później przerobiona została na popularną w mieście restaurację obsługującą nie tylko podróżnych. Tam pod okiem prowadzącego zajęcia Tadeusza Bełza rozpoczęła się moja przygoda z boksem, a pierwszym moim sparingowym partnerem był Roman Kruty, późniejszy działacz piłkarski przemyskiej Polonii.
Przypomniałeś LZS Bakończyce. Rzeczywiście, boks był tak popularny, że uprawiano go w miejscowościach wiejskich, a najlepszym dowodem jest fakt, że w 1957 roku odbyły się w przemyskiej hali regionalne mistrzostwa Ludowych Zespołów Sportowych. Byłeś tam?
– Tak, uczestniczyłem w tych mistrzostwach jako widz i trudno je nie zapamiętać z powodu dość nietypowego zdarzenia. Otóż w wadze półciężkiej jeden z zawodników źle obliczył jedzenie przed walką, a otrzymawszy cios w żołądek, zostawił „coś” po sobie na ringu. Nie wrócił już na ring, nawet po odbiór brązowego medalu za walkę półfinałową.
Czuwaj z dworca kolejowego przeniósł się z treningami do kolejnej świetlicy mieszczącej się w popularnej „szopce”, siedzibie swojego klubu nad Sanem.
– Trenowaliśmy tam, a także w zastępczych salkach, przygotowując się już do oficjalnych zawodów i turniejów. Ja walczyłem w wadze koguciej i jako reprezentant Czuwaju osiągnąłem spory sukces – zostałem mistrzem województwa rzeszowskiego w kategorii juniorów.
Później powędrowałeś w Polskę.
– W 1958 roku przeniosłem się do Olszy Kraków, który był w tym samym zrzeszeniu co Czuwaj i boksując tam, zdobyłem dla tego klubu, już w kategorii seniorskiej, mistrzostwo województwa krakowskiego w wadze koguciej.
Po niecałym roku pobytu w Krakowie powróciłeś do Przemyśla.
– Zgadza się. Wróciłem, ale nie do Czuwaju, bo tu już sekcji nie było, a do Polonii, gdzie trenował Marian Słabicki – sprawca mojej przygody z boksem. W barwach tego klubu zanotowałem najlepsze osiągnięcia w karierze sportowej. Zostałem seniorskim mistrzem województwa rzeszowskiego, reprezentowałem Rzeszów w rozgrywkach województw, które organizował ówczesny resort sportu, czyli GKKFiT. Podczas zawodów Rzeszów – Wrocław pokonałem na punkty Józefa Grudnia, późniejszego złotego z 1964 roku i srebrnego z 1968 roku medalistę olimpijskiego w wadze lekkiej.
W 1959 roku upomniało się o Ciebie wojsko.
– Upomniało się o mnie i o Kazimierza Górala. Obaj mieliśmy odbywać służbę wojskową w Rzeszowie i reprezentować klub Walter, a że w tamtym roku zlikwidowano sekcję w tym klubie, w wojsku pozostaliśmy, ale w boksie przydzielono nas do Stali Rzeszów, którą reprezentowałem przez cały okres służby wojskowej.
Po odbyciu służby wojskowej znowu wróciłeś do Przemyśla?
– Tak. Wróciłem do Przemyśla. Tu trener Kazimierz Truniarz w Polonii zebrał wszystkich bokserów, dotąd reprezentujących przemyskie kluby i próbował stworzyć silną sekcję dominującą w południowo-wschodniej Polsce. Na ten wizerunek razem z kolegami pracowałem do 1966 roku, w którym zakończyłem czynne uprawianie boksu.
Ile walk stoczyłeś w swojej amatorskiej przygodzie z boksem i którą oceniasz jako najtrudniejszą?
– Równo sto, nie licząc sparingów. O najtrudniejszej za chwilę, najbardziej doceniam bowiem wspomnienia związane z rywalizacją z Józefem Grudniem, który w jednym z wywiadów określił przegrany ze mną pojedynek jako jeden z etapów jego olimpijskiej kariery. A najtrudniejszą moim zdaniem walką była ta z reprezentantem Stalowej Woli Józefem Sado. To była prawdziwa bijatyka, którą przegrałem minimalnie na punkty, i która zadecydowała o powołaniu mojego przeciwnika do kadry narodowej.
Zakończyłeś czynne uprawianie sportu, ale nie zerwałeś z boksem.
– W 1966 roku wyjechałem do Tychów na Śląsk. Tam, oprócz pracy zawodowej, dalej bawiłem się boksem, ale nie szkoleniem. Choć w 1962 roku na kursie w Cetniewie, gdzie jednym z prowadzących zajęcia był legendarny „Papa” Felix Stamm, zdobyłem uprawnienia instruktorskie, nie zajmowałem się trenerką. Po ukończeniu kolejnego kursu zostałem czynnym sędzią bokserskim.
Po długiej rozłące z Przemyślem, znowu tu wróciłeś…
– W 1979 roku wróciłem nad San i rozglądałem się za ludźmi, którzy chcieliby reaktywacji boksu w Przemyślu. Naprzeciw tym oczekiwaniu wyszedł nam ówczesny prezes klubu sportowego Polna Stanisław Kuś. To on dał nam zielone światło i w ten sposób boks znów zaistniał na mapie sportowej Przemyśla. Znalazła się też grupa byłych bokserów, którzy czekali na taki moment. A pomogli mi byli bokserzy z przemyskich sekcji: Marian Jabłoński, Tadeusz Radoń, doktor Zbigniew Iwaszkiewicz, Jan Kosela i Jerzy Martyniak. Ten ostatni był duszą tego przedsięwzięcia, całym sercem oddany tej dyscyplinie. Sprawował wszystkie funkcje w sekcji, od drugiego trenera, kierownika sekcji, organizatora, opiekuna zawodników. I tak w dobrej atmosferze, po kilkumiesięcznych treningach przyszły wyniki. To w Polnej pierwsze kroki w boksie stawiał Mariusz Staszewski, późniejszy brązowy medalista Mistrzostw Polski, Dariusz Czernij zaszedł jeszcze dalej, już w barwach Wisły Kraków bowiem zdobył wicemistrzostwo Europy. Inni jak Ryszard Dobrzański czy Henryk Trochimczyk zaznaczyli swoją obecność na polskich ringach.
Lata osiemdziesiąte i późniejsze wiele zmieniły w życiu społeczno-gospodarczym w Polsce, w sporcie też. Jak w tej sytuacji poradził sobie Kazimierz Korecki?
– Próbowałem dalej być przy boksie. Najpierw szkoliłem karateków, trenujących w garażu przy ulicy Katedralnej, którzy chcieli się nauczyć boksu, później włączyłem się do cennej akcji byłego szefa POSiR-u Mariusza Zamirskiego, który utworzył przy ośrodku młodzieżowe grupy ćwiczebne w różnych dyscyplinach sportu. Był też czas, że trzeba było odpowiedzieć na potrzebę szkolenia osób zajmujących ochroną mienia.
Był też czas, że Kazimierz Korecki został kierownikiem w koszykówce.
– Rzeczywiście, był w moim kontakcie ze sportem taki przypadek, ale miał miejsce przypadkowo. W 1961 roku reprezentacja Przemyśla została zaproszona na turniej do Tarnobrzega, a stawką był Puchar Zagłębia Siarkowego. Z jakiejś przyczyny nie mógł uczestniczyć w roli kierownika działacz przemyskiego Czuwaju Tadeusz Szancer i poprosił mnie o zastępstwo. Miałem wielu przyjaciół wśród koszykarzy i zgodziłem się przyjąć tę funkcję. Reprezentacja wygrała turniej, zdobyliśmy okazały puchar. W drodze powrotnej dotarliśmy pociągiem do Rzeszowa, ale na wieczorne połączenie z Przemyślem nie zdążyliśmy, pieniądze się skończyły, a ja, odpowiedzialny za kolegów, wymyśliłem, że zaglądniemy do knajpki pod nazwą Jutrzenka i coś wykombinujemy. W tej restauracji gromadzili się głównie rzeszowscy sympatycy sportu, a szczególnie boksu, którzy pamiętali mnie jak walczyłem w barwach Stali. Wniosłem tam okazały puchar, z którego każdy bywalec lokalu chciał się napić „płynu” zaprawionego siarką. W zamian postawiono całej drużynie fasolkę po bretońsku, a ja dumny, wypełniłem kierownicze zadanie.
Wracając do boksu. Chciałbym poznać Twoją opinię na temat obecnego sposobu uprawiania boksu i, idąc dalej, aktualnie uprawianych sportów sztuk walki?
– Przyznam szczerze, że tych innych sportów walki oglądam mało. Ten mój boks był oparty na technice, w tamtych czasach nazywany był „szermierką na pięści”. Boks takich arcymistrzów jak Kazimierz Paździor czy „czarodziej ring” Leszka Drogosza był miodem na duszę. Boks w wykonaniu tego ostatniego, który nie dał się trafić ciosem podczas walki, był artyzmem. Teraz panuje siła, bijatyka, brutalność wchodzących na ring, nie mówiąc już o klatce, gdzie im więcej krwi, połamanych żeber i nosów, tym emocje są większe. Do tego chora ekscytacja relacjonujących to wydarzenie. Taki sposób uprawiania sportu nie podoba mi się.
Mnie też. Widocznie jesteśmy z innej epoki. Dziękuję za rozmowę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Wspaniały, skromny i życzliwy innym człowiek, trener i działacz sportowy. To dzięki niemu i kilku kolegom (m.in. Marian Jabłoński i Jerzy Martyniak)z czasów, gdy sam boksował, w 1980 r. - za sprawą "Pierwszego kroku bokserskiego"i szkółki (potem sekcji) RWKS Polna odrodził się przemyski boks. Sekcja (i K.Korecki)wychowała kilku medalistów Ogólnopolskich Spartakiad Młodzieży i MP juniorów. W niej też stawiał pierwsze kroki m.in. Dariusz Czernij - srebrny medalista (już w barwach Igloopolu Dębica) ME w Atenach (1988), uczestnik MŚ w Reno, mistrz Spartakiady Armii Zaprzyjaźnionych itd. Z życzliwą pomocą p. Kazimierzowi i jego wychowankom przychodził m.in. Teofil Kowalski, przemyślanin, (mistrz i reprezentant Polski), który przez wiele lat był trenerem sekcji Wisły Kraków, w której talenty kontynuowały swoją karierę.
Zero o sporcie same stare informacje? Nic się nie dzieje ze sportem w Przemyślu?
Gratulacje i wiele zdrowia.
Wspaniały, skromny i życzliwy innym człowiek, trener i działacz sportowy. To dzięki niemu i kilku kolegom (m.in. Marian Jabłoński i Jerzy Martyniak)z czasów, gdy sam boksował, w 1980 r. - za sprawą "Pierwszego kroku bokserskiego"i szkółki (potem sekcji) RWKS Polna odrodził się przemyski boks. Sekcja (i K.Korecki)wychowała kilku medalistów Ogólnopolskich Spartakiad Młodzieży i MP juniorów. W niej też stawiał pierwsze kroki m.in. Dariusz Czernij - srebrny medalista (już w barwach Igloopolu Dębica) ME w Atenach (1988), uczestnik MŚ w Reno, mistrz Spartakiady Armii Zaprzyjaźnionych itd. Z życzliwą pomocą p. Kazimierzowi i jego wychowankom przychodził m.in. Teofil Kowalski, przemyślanin, (mistrz i reprezentant Polski), który przez wiele lat był trenerem sekcji Wisły Kraków, w której talenty kontynuowały swoją karierę.
Zero o sporcie same stare informacje? Nic się nie dzieje ze sportem w Przemyślu?