Reklama

Ostatni Mohikanin amatorskiego boksu

31/01/2021 07:33

Rozmowa z Kazimierzem Koreckim – byłym bokserem, trenerem tej dyscypliny sportu.

Chłopcy Twojego pokolenia, z lat 50. ubiegłego wieku masowo uprawiali różne dyscypliny sportu, głównie piłkę nożną. Ty wybrałeś boks. Dlaczego?

– Ja też, jak każdy chłopak, kopałem piłkę. Do trenowania boksu namówili mnie wujkowie, którzy amatorsko bawili się boksowaniem pod okiem trenera Mariana Słabickiego[paywall].

W tamtych latach boks był bardzo popularną dyscypliną w Przemyślu. Były sekcje boksu w: Gwardii, Polonii, Błyskawicy, Starcie. Ty poszedłeś do Czuwaju…

– Zapomniałeś jeszcze o sekcji LZS Bakończyce… Dlaczego Czuwaj? Pierwszy powód to wspomniani wujkowie, drugi to przypadek. W poszukiwaniu sportowej rozrywki trafiłem na trening bokserów tego klubu, który odbywał się… w świetlicy przemyskiego dworca kolejowego. Tej samej, która później przerobiona została na popularną w mieście restaurację obsługującą nie tylko podróżnych. Tam pod okiem  prowadzącego zajęcia Tadeusza Bełza rozpoczęła się moja przygoda z boksem, a pierwszym moim sparingowym partnerem był Roman Kruty, późniejszy działacz piłkarski przemyskiej Polonii.

Reklama

Przypomniałeś LZS Bakończyce. Rzeczywiście, boks był tak popularny, że uprawiano go w miejscowościach wiejskich, a najlepszym dowodem jest fakt, że w 1957 roku odbyły się w przemyskiej hali regionalne mistrzostwa Ludowych Zespołów Sportowych. Byłeś tam?

– Tak, uczestniczyłem w tych mistrzostwach jako widz i trudno je nie zapamiętać  z powodu dość nietypowego zdarzenia. Otóż w wadze półciężkiej jeden z zawodników źle obliczył jedzenie przed walką, a otrzymawszy cios w żołądek, zostawił „coś” po sobie na ringu. Nie wrócił już na ring, nawet po odbiór brązowego medalu za walkę półfinałową.

Reklama

Czuwaj z dworca kolejowego przeniósł się z treningami do kolejnej świetlicy mieszczącej się w popularnej „szopce”, siedzibie swojego klubu nad Sanem.

– Trenowaliśmy tam, a także w zastępczych salkach, przygotowując się już do oficjalnych zawodów i turniejów. Ja walczyłem w wadze koguciej i jako reprezentant Czuwaju osiągnąłem spory sukces – zostałem mistrzem województwa rzeszowskiego w kategorii juniorów.

Później powędrowałeś w Polskę.

– W 1958 roku przeniosłem się do Olszy Kraków, który był w tym samym zrzeszeniu co Czuwaj i boksując tam, zdobyłem dla tego klubu, już w kategorii seniorskiej, mistrzostwo województwa krakowskiego w wadze koguciej.

Reklama

Po niecałym roku pobytu w Krakowie powróciłeś do Przemyśla.

– Zgadza się. Wróciłem, ale nie do Czuwaju, bo tu już sekcji nie było, a do Polonii, gdzie trenował Marian Słabicki – sprawca mojej przygody z boksem. W barwach tego klubu zanotowałem  najlepsze osiągnięcia w karierze sportowej. Zostałem seniorskim mistrzem województwa rzeszowskiego, reprezentowałem Rzeszów w rozgrywkach województw, które organizował ówczesny resort sportu, czyli GKKFiT. Podczas zawodów Rzeszów – Wrocław pokonałem na punkty Józefa Grudnia, późniejszego złotego z 1964 roku i srebrnego z 1968 roku medalistę olimpijskiego w wadze lekkiej.

Reklama

W 1959 roku upomniało się o Ciebie wojsko.

– Upomniało się o mnie i o Kazimierza Górala. Obaj mieliśmy odbywać służbę wojskową w Rzeszowie i reprezentować klub Walter, a że w tamtym roku zlikwidowano sekcję w tym klubie, w wojsku pozostaliśmy, ale w boksie przydzielono nas do Stali Rzeszów, którą reprezentowałem przez cały okres służby wojskowej.

Po odbyciu służby wojskowej znowu wróciłeś do Przemyśla?

– Tak. Wróciłem do Przemyśla. Tu trener Kazimierz Truniarz w Polonii zebrał wszystkich bokserów, dotąd reprezentujących przemyskie kluby i próbował stworzyć silną sekcję dominującą w południowo-wschodniej Polsce. Na ten wizerunek razem z kolegami pracowałem do 1966 roku, w którym zakończyłem czynne uprawianie boksu.

Reklama

Ile walk stoczyłeś w swojej amatorskiej przygodzie z boksem i którą oceniasz jako najtrudniejszą?

– Równo sto, nie licząc sparingów. O najtrudniejszej za chwilę, najbardziej doceniam bowiem wspomnienia związane z rywalizacją z Józefem  Grudniem, który w jednym z wywiadów określił przegrany ze mną pojedynek jako jeden z etapów jego olimpijskiej kariery. A najtrudniejszą moim zdaniem walką była ta z reprezentantem Stalowej Woli Józefem Sado. To była prawdziwa bijatyka, którą przegrałem minimalnie na punkty, i która zadecydowała o powołaniu mojego przeciwnika do kadry narodowej.

Reklama

Zakończyłeś czynne uprawianie sportu, ale nie zerwałeś z boksem.

– W 1966 roku wyjechałem do Tychów na Śląsk. Tam, oprócz pracy zawodowej, dalej bawiłem się boksem, ale nie szkoleniem. Choć w 1962 roku na kursie w Cetniewie, gdzie jednym z prowadzących zajęcia był legendarny „Papa” Felix Stamm, zdobyłem uprawnienia instruktorskie, nie zajmowałem się trenerką. Po ukończeniu kolejnego kursu zostałem czynnym sędzią bokserskim.

Po długiej rozłące z Przemyślem, znowu tu wróciłeś…

– W 1979 roku wróciłem nad San i rozglądałem się za ludźmi, którzy chcieliby reaktywacji boksu w Przemyślu. Naprzeciw tym oczekiwaniu wyszedł nam ówczesny prezes klubu sportowego Polna Stanisław Kuś. To on dał nam zielone światło i w ten sposób boks znów zaistniał na mapie sportowej Przemyśla. Znalazła się też grupa byłych bokserów, którzy czekali na taki moment. A pomogli mi byli bokserzy z przemyskich sekcji: Marian Jabłoński, Tadeusz Radoń, doktor Zbigniew Iwaszkiewicz, Jan Kosela i Jerzy Martyniak. Ten ostatni był duszą tego przedsięwzięcia, całym sercem oddany tej dyscyplinie. Sprawował wszystkie funkcje w sekcji, od drugiego trenera, kierownika sekcji, organizatora, opiekuna zawodników. I tak w dobrej atmosferze, po kilkumiesięcznych treningach przyszły wyniki. To w Polnej pierwsze kroki w boksie stawiał Mariusz Staszewski, późniejszy brązowy medalista Mistrzostw Polski, Dariusz Czernij zaszedł jeszcze dalej, już w barwach Wisły Kraków bowiem zdobył wicemistrzostwo Europy. Inni jak Ryszard Dobrzański czy Henryk Trochimczyk zaznaczyli swoją obecność na polskich ringach.

Reklama

Lata osiemdziesiąte i późniejsze wiele zmieniły w życiu społeczno-gospodarczym w Polsce, w sporcie też. Jak w tej sytuacji poradził sobie Kazimierz Korecki?

– Próbowałem dalej być przy boksie. Najpierw szkoliłem  karateków, trenujących w garażu przy ulicy Katedralnej, którzy chcieli się nauczyć boksu, później włączyłem się do cennej akcji byłego szefa POSiR-u Mariusza  Zamirskiego, który utworzył przy ośrodku młodzieżowe grupy ćwiczebne w różnych dyscyplinach sportu. Był też czas, że trzeba było odpowiedzieć na potrzebę szkolenia osób zajmujących ochroną mienia.

Reklama

Był też czas, że Kazimierz Korecki został kierownikiem w koszykówce.

– Rzeczywiście, był w moim kontakcie ze sportem taki przypadek, ale miał miejsce przypadkowo. W 1961 roku reprezentacja Przemyśla została zaproszona na turniej do Tarnobrzega, a stawką był Puchar Zagłębia Siarkowego. Z jakiejś przyczyny nie mógł uczestniczyć  w roli kierownika działacz przemyskiego Czuwaju Tadeusz Szancer i poprosił mnie o zastępstwo. Miałem wielu przyjaciół wśród koszykarzy i zgodziłem się przyjąć tę funkcję. Reprezentacja wygrała turniej, zdobyliśmy okazały puchar. W drodze powrotnej dotarliśmy pociągiem do Rzeszowa, ale na wieczorne  połączenie z Przemyślem nie zdążyliśmy, pieniądze się skończyły, a ja, odpowiedzialny za kolegów, wymyśliłem, że zaglądniemy do knajpki pod nazwą Jutrzenka i coś wykombinujemy. W tej restauracji gromadzili się głównie rzeszowscy sympatycy sportu, a szczególnie boksu, którzy pamiętali mnie jak walczyłem w barwach Stali. Wniosłem tam okazały puchar, z którego każdy bywalec lokalu chciał się napić „płynu” zaprawionego siarką. W zamian postawiono całej drużynie fasolkę po bretońsku, a ja dumny, wypełniłem kierownicze zadanie.

Reklama

Wracając do boksu. Chciałbym poznać Twoją opinię na temat obecnego sposobu uprawiania boksu i, idąc dalej, aktualnie uprawianych sportów sztuk walki?

– Przyznam szczerze, że  tych innych sportów walki oglądam mało. Ten mój boks był oparty na technice, w tamtych czasach nazywany był „szermierką na pięści”. Boks takich arcymistrzów jak Kazimierz Paździor czy „czarodziej ring” Leszka Drogosza był miodem na duszę. Boks w wykonaniu tego ostatniego, który nie dał się trafić ciosem podczas walki, był artyzmem. Teraz panuje siła, bijatyka, brutalność wchodzących na ring, nie mówiąc już o klatce, gdzie im więcej krwi, połamanych żeber i nosów, tym emocje są większe. Do tego chora ekscytacja relacjonujących to wydarzenie. Taki sposób uprawiania sportu nie podoba mi się.

Reklama

Mnie też. Widocznie jesteśmy z innej epoki. Dziękuję za rozmowę.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Wojciech - niezalogowany 2021-02-01 07:22:14

    Gratulacje i wiele zdrowia.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    JP - niezalogowany 2021-02-01 16:34:49

    Wspaniały, skromny i życzliwy innym człowiek, trener i działacz sportowy. To dzięki niemu i kilku kolegom (m.in. Marian Jabłoński i Jerzy Martyniak)z czasów, gdy sam boksował, w 1980 r. - za sprawą "Pierwszego kroku bokserskiego"i szkółki (potem sekcji) RWKS Polna odrodził się przemyski boks. Sekcja (i K.Korecki)wychowała kilku medalistów Ogólnopolskich Spartakiad Młodzieży i MP juniorów. W niej też stawiał pierwsze kroki m.in. Dariusz Czernij - srebrny medalista (już w barwach Igloopolu Dębica) ME w Atenach (1988), uczestnik MŚ w Reno, mistrz Spartakiady Armii Zaprzyjaźnionych itd. Z życzliwą pomocą p. Kazimierzowi i jego wychowankom przychodził m.in. Teofil Kowalski, przemyślanin, (mistrz i reprezentant Polski), który przez wiele lat był trenerem sekcji Wisły Kraków, w której talenty kontynuowały swoją karierę. 

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Trener - niezalogowany 2021-02-10 04:29:19

    Zero o sporcie  same stare informacje? Nic się nie dzieje ze sportem w Przemyślu? 

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama