– Do wojny mieszkaliśmy w Skolue (dzisiaj obwód lwowski – przyp. JS), gdzie ojciec był leśniczym – Stanisław Siwiecki, rocznik 1933, zaczyna rodzinną opowieść. – W tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim roku Rosjanie już się cofali. Nadchodzili Niemcy i Ukraińcy zaczęli budować bramę powitalną. Zrobiło się niebezpiecznie i znajomi ojca namawiali go, żeby uciekał do Rumunii albo na Węgry. Jednak on zdecydował, że pojedziemy do kraju.
– Zajęliśmy część domu, w którym mieszkała kucharka z córką, a książę Leon z księżną Katarzyną mieszkali w dużej willi, do której po ucieczce przed Rosjanami przeprowadzili się z Krasiczyna. Innych budynków nie było, tylko stodoła, pod lasem stajnia, w której trzymano pięć koni i duża piwnica z betonowym sklepieniem. Cały teren ogrodzony był wysokim, plecionym płotem. Był taki zwyczaj, że prawie każdego dnia po śniadaniu siodłano konie i książę wyjeżdżał konno na objazd lasów, innym razem z księżną jechali powozem do folwarku w Wapowcach czy Korytnikach albo do kościoła w Krasiczynie. Czasem chodzili na spacer pieszo z psami. Wtedy do moich obowiązków należało otwieranie dużej bramy wjazdowej, zamykanej na kłódkę. W zimie do powozu montowało się płozy i przerabiało na sanie. Czasem książę zakładał narty i jeździł, trzymając się sznura przywiązanego do sań. Pamiętam, że zawsze nosił wysokie buty i rajtki. Wysoki był, ale księżna była trochę wyższa, może przez fryzurę. Oboje bardzo lubili konie. Dwa były do powozu, dwa do jazdy wierzchem i jeszcze jeden, czarny, którego bardzo lubiłem. Za pastwiskiem mieli teren do jazdy. Były tam przeszkody do skakania. Książę miał wyższe, a księżna niższe i tam trenowali jazdę – opowiada.
– To było w lipcu czterdziestego czwartego. Myśmy już mieszkali w Wapowcach, dokąd przeniósł nas książę, ale ja jeszcze byłem w Hołubli. W niedzielę książę z księżną wrócili z kościoła, a po południu pod willę podjechało auto. Taka mała, szara bagażówka otwierana od tyłu. Szoferem był Litwin, Teklites się nazywał. Zaczęli z domu wynosić pakunki i walizki, ale dużo się nie zmieściło do auta. Księżna z księciem usiedli z przodu, koło szofera. Otworzyłem im bramę i pojechali do Krakowa, do brata, który był kardynałem. Wiedzieliśmy, że uciekają, bo front się zbliżał, a książę bardzo się bał Rosjan. Wtedy ostatni raz widziałem księcia. Później dowiedzieliśmy się, że koło Tarnowa został ciężko ranny i przewieźli go do Rzeszowa, do szpitala i tam we wrześniu zmarł. Został pochowany w Wapowcach. Byłem na jego pogrzebie. Chciałem zobaczyć z bliska grób i przepychałem się, bo było dużo ludzi, a wszystkiego pilnowali porządkowi z opaskami na rękach, wyznaczeni przez Rosjan. Grób nie był murowany, dół wykopany w ziemi obłożony był jedynie palami z nieokorowanej sosny – opisuje.
– W Wapowcach mieszkaliśmy w drewnianym domu, który załatwił nam książę. Po drugiej stronie drogi był duży, murowany dom, w którym kwaterowali żołnierze niemieccy. Tato znalazł pracę u gospodarza, który miał duży ogród i nazywali go badylarzem. Mieszkaliśmy tam do czterdziestego siódmego roku. W czasie akcji „Wisła” wszystkich Ukraińców wywieźli i dużo domów zostało pustych. Wtedy zaczęli przyjeżdżać repatrianci i zajmowali te domy. W listopadzie, którejś soboty, przyszli upowcy i zaczęli palić wioskę od góry, od leśniczówki Podlachy. Wtedy uciekliśmy tak szybko, że mama nawet nie zdążyła wyjąć z pieca chleba, który piekła. Tato zabrał tylko konia, wóz i dwie krowy. Tej nocy palił się też Bełwin, Korytniki i Reczpol. Myśmy schowali się w zaroślach, które nazywali „Pański lasek”, tam, gdzie w czasie wojny Niemcy mordowali Żydów. W niedzielę rano okazało się, że nasz dom jest spalony i nie było do czego wracać. Pojechaliśmy do Przemyśla i zatrzymaliśmy się u sióstr Felicjanek przy Grunwaldzkiej, w dużej stodole, w której mieszkali już inni „spaleńcy„. Po kilku dniach księżna, która mieszkała wtedy na rogu Barskiej i Świętego Jana, załatwiła dla nas mieszkanie w oficynie ze stróżówką na Tarnawskiego – Siwiecki kończy wojenną historię swojej rodziny.
| W 1914 ukończył kurs pilotów sportowych w Aeroklubie Królewskim w Anglii. Po wybuchu pierwszej wojny światowej walczył w 21. Brygadzie Kawalerii, w armii austro-węgierskiej. Następnie przeszedł do lotnictwa i w stopniu porucznika zaczął służbę w 15. Kompanii Lotniczej w Rakowicach pod Krakowem. Po ciężkiej chorobie (febra) otrzymał bezterminowy urlop zdrowotny. W czasie wojny był trzykrotnie odznaczony medalem za waleczność „Signum Laudis” i Wojskowym Krzyżem Zasługi z Mieczami. W 1917 r. ożenił się z Katarzyną z Potockich, córką Andrzeja i osiadł w Krasiczynie. W listopadzie 1918 roku wystawił oddział ochotniczy z Krasiczyna, który brał udział w walkach z Ukraińcami o Przemyśl. W sierpniu 1920 roku w szeregach 8. Pułku Ułanów walczył w kampanii polsko-sowieckiej. W czasie walk został ciężko ranny. Po wyzdrowieniu gospodarował w dobrach krasiczyńskich liczących 10 550 ha. Razem z żoną podróżował do Indii i Afryki. W 1935 roku został wybrany na posła do Sejmu RP IV kadencji w okręgu nr 74 (pow. przemyski, jarosławski i jaworowski). Po wybuchu drugiej wojny światowej Sapiehowie przed wkroczeniem tam Armii Czerwonej we wrześniu 1939 roku opuścili Krasiczyn i zamieszkali w Lipowicy, skąd przenieśli się do Hołubli. Książę rozpoczął działalność konspiracyjną, jako łącznik Związku Walki Zbrojnej i w 1943 został zaprzysiężony do Armii Krajowej. 23 sierpnia 1944 roku, kiedy usiłował się dostać się do Krakowa, został ciężko ranny w nogę. Odwieziony do szpitala w Rzeszowie, przeszedł amputację nogi i zmarł 27 września 1944 roku. Pochowany został na cmentarzu w Łętowni. Po wojnie księżna Katarzyna pracowała w Polskim Czerwonym Krzyżu w Przemyślu. W 1947 roku wyjechała do Konga, a następnie do Belgii. |
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Do Redakcji "ZP" , dziękuję za takie tematy . Pisałem osobiście do Redakcji jak i tez wpisywałem swoje uwagi jako zwykły uczestnik forum , kiedy pojawił se podobny temat . Jestem pewien ,że nie tylko ja , ale tez i inni czytelnicy , internauci i to nieistotne czy mieszkają jeszcze w P-ślu czy nie , są zainteresowani podobnymi tematami / klimatami/ . Dziękuje i zachęcam do kontynuacji .
A jeden siwiecki jak dobrze pamietam zawsze był wielkim aktywistaZMS.Czy to z tej Rodziny???
Ja też pochodzę z rodziny Siwieckich. Mój tata urodził się w Woli Krzywieckiej w 1944 ma na imię Józef. Zawsze szukałem rodziny z tamtych stron. Wiem tylko tyle że dziadek Bronisław w raz z rodziną podczas wojny przesiedleni zostali na pomorze zachodnie. Za kontakt z tą rodziną był bym wdzięczny.
Do Redakcji "ZP" , dziękuję za takie tematy . Pisałem osobiście do Redakcji jak i tez wpisywałem swoje uwagi jako zwykły uczestnik forum , kiedy pojawił se podobny temat . Jestem pewien ,że nie tylko ja , ale tez i inni czytelnicy , internauci i to nieistotne czy mieszkają jeszcze w P-ślu czy nie , są zainteresowani podobnymi tematami / klimatami/ . Dziękuje i zachęcam do kontynuacji .
A jeden siwiecki jak dobrze pamietam zawsze był wielkim aktywistaZMS.Czy to z tej Rodziny???
Ja też pochodzę z rodziny Siwieckich. Mój tata urodził się w Woli Krzywieckiej w 1944 ma na imię Józef. Zawsze szukałem rodziny z tamtych stron. Wiem tylko tyle że dziadek Bronisław w raz z rodziną podczas wojny przesiedleni zostali na pomorze zachodnie. Za kontakt z tą rodziną był bym wdzięczny.