KRYMINAŁEK
Na początku grudnia ubiegłego roku do zakładu karnego zgłosił się do odbycia wyroku niejaki Rafał K., lat trzydzieści sześć, kawaler. Parę dni wcześniej, nim zatrzasnęła się za nim żelazna brama, spotkał się z kolegami, z którymi nie będzie się widział przez półtora roku. Skromne spotkanie przy kilku flaszkach ukraińskiej wódki, którą dalej nazywają ruską, miało pożegnalny charakter. Koledzy mający już za sobą odsiadki dawali mu cenne rady, jak zachować się pod celą i jak nie podpaść gadowi. Rafał słuchał, ale coraz bardziej się rozklejał i tylko w kółko powtarzał, że jest największym pechowcem w tej części Europy, bo za co się nie weźmie, to zaraz szlag to trafi.
Faktycznie trochę racji w tym było, choć trzeba przyznać – start miał dobry. Kilkanaście lat temu dorobił się budy na bazarze, bo lepsze deko handlu niż kilo roboty, której unikał, jak mógł. To był czas prosperity, ale Rafał chciał mieć bardzo dużo i któregoś dnia podczas nalotu czarni od celników znaleźli w jego budzie trzydzieści parę butelek i kilkaset paczek fajek. Biznes się skończył sporą grzywną, na którą gdzieś musiał zarobić. Będąc w sytuacji bez wyjścia, dał się namówić koledze na wspólną robotę. Mieli obrobić ciężarówkę zaparkowaną na końcu Dworskiego.
Poszło gładko, ale w pudłach była tylko chińska odzieżówka, więc zysk był mizerny. Rafałowi została zagranica. Pojechał do Niemiec, ale szybko wrócił, bo – jak twierdził – nie mógł znieść, jak szwab na niego wrzeszczał, kiedy co pół godziny sięgał po fajki. Z kobietami też mu się nie układało, bo pech chciał, że każda, którą poznał, nie tolerowała jego zamiłowania do wyskokowych trunków i jego kolegów. Czasem trafiała mu się jakaś drobna fucha albo inny bazarowy szwindelek, co ledwo wystarczało na przeżycie, ale Rafał miał wyższe aspiracje i cały czas kombinował, jakby tu zdobyć większą forsę.
Wreszcie nadarzyła się okazja. Będąc w pobliżu hipermarketu, przyuważył, że jakiś gość wkłada do bagażnika walizki z elektronarzędziami i wraca do sklepu. Prawdopodobnie zapomniał zamknąć bagażnik i Rafał trzydzieści sekund później odszedł z parkingu, mając w ręce charakterystyczną zieloną walizkę z kompletem boschowskich elektronarzędzi, wartym 4839 złotych. Niestety nie nacieszył się długo łupem, bo na drugi dzień rano zapukali do niego policjanci. Na komendzie dowiedział się, że na parkingu w aucie stojącym obok była włączona kamerka samochodowa dość dobrej rozdzielczości. Niech ktoś teraz powie, że to nie był pech.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze