Reklama

Plewy na wietrze – wspomnienia z „Sybiru”

15/02/2026 13:14

Na początku XX wieku w okolicach Tarnopola mieszkało wielu osadników z centralnej Polski, którzy przenosili się na wschodnie rubieże kraju, skuszeni niską ceną ziemi. Karol Tłuczek był potomkiem jednego z nich. Zanim wybuchła wojna, ożenił się, zbudował dom, stajnię i rozpoczął budowę stodoły. Idąc walczyć za ojczyznę, zostawił żonę Teklę (z domu Kostecka) i dwoje dzieci (czteroletnią Anielę i dwuletniego Mieczysława). Po kapitulacji musiał się ukrywać. Kiedy w końcu wrócił do domu, został aresztowany, ciężko pobity i tylko cudem udało mu się uciec. W tym czasie jego rodziny w Zborowie już nie było.

Przyszli w nocy

– W środku nocy przyszło dwóch rosyjskich żołnierzy. Łomotali do drzwi i krzyczeli, żeby otwierać, bo inaczej podpalą dom.

Reklama

– Zbierać się! – nakazał jeden z nich, kiedy matka wpuściła ich do sieni.

– Jak to się zbierać?

– O nic nie pytajcie. Pakujcie dużo jedzenia i ciepłe rzeczy – poradził drugi.

W domu było mięso z tyle co zabitej świni, oprócz tego mąka kasza, ziemniaki. Mama spakowała, co tam zdążyła i już za chwilę siedzieliśmy w saniach.

Pośpiesznemu pakowaniu towarzyszył płacz dzieci i groźby młodszego żołnierza, który plądrował dom. Starszy był spokojniejszy. Doradzał, co zabrać, chociaż nie zdradził, co czeka rodzinę Tłuczków. Na koniec, gdy wszyscy siedzieli już w saniach, rzucił im pierzynę.

Reklama

– Zawieźli nas na stację w Jarczowcach, gdzie cały dzień i kawał nocy czekaliśmy na pociąg. Potem zapędzili do towarowych wagonów i wieźli, chyba ze sześć dni.

Na wygnaniu

Tłuczkowie zostali przewiezieni do obwodu swierdłowskiego w pobliżu gór Ural, gdzie większość deportowanych zatrudniana była przy wydobyciu żelaza i węgla. Praca ponad siły, głodowe racje żywności, surowy klimat i choroby były codziennością zesłańców.

Zostaliśmy umieszczeni w drewnianym baraku. Każda rodzina zajmowała jedno pomieszczenie. Mama dostała skierowanie do kopalni. Na trzeci dzień po przyjeździe musiała już iść do pracy, w przeciwnym razie nie mielibyśmy prawa do kartek żywnościowych. Ja i siostra zostaliśmy pod opieką babci.

Reklama

W tym samym czasie rodzina Kosteckich trafiła do miejscowości Kudymkar, oddalonej od miejsca, w którym przebywała Tekla Tłuczek o około sto dwadzieścia kilometrów. Polacy pracowali tam w zakładach przetwórstwa owocowo-warzywnego i mięsnego. Janowi Kosteckiemu udało się ustalić, gdzie przebywa siostra, a wiedząc, że kobiecie z dziećmi ciężko będzie przetrwać, szukał sposobu, żeby ją ratować.

– Wujek Janek miał wtedy siedemnaście lat. Przywiązał sobie kawałki mięsa wokół ciała i w ten sposób wyniósł je z zakładu pracy. Kiedy do nas jechał, był przygotowany na najgorsze. Gdyby go przyłapano, poniósłby straszną karę. Nie wiem, jak on to zrobił, ale udało mu się przekupić dyrektora kopalni i uzyskać pozwolenie na przeniesienie mamy do pracy w przetwórni. Tam tak było. Jak ktoś był odważny, miał lepsze życie.

Reklama

Praca była ciężka, ale przy jedzeniu!

W Kudymkarze pani Tłuczkowa zamieszkała z rodzicami, bratem, siostrą i jej rodziną. Żyli w ciasnocie, ale byli razem, co dawało większe szanse na przetrwanie. Praca w nowym miejscu nie była lżejsza niż w kopalni. Nigdy nie było wiadomo, ile godzin potrwa zmiana – osiem, dwanaście, a może i więcej. Zdarzało się, że kobieta wracała do domu grubo po północy, a skoro świt musiała stawić się w zakładzie. Pomimo tego zatrudnienie przy żywności było przywilejem.

– Czasem mamie udało się coś zjeść, innym razem wynieść. Przywiązywała sobie pakunek z jedzeniem na brzuchu i w ten sposób przemycała. Pamiętam placki z tartych ziemniaków, przypiekane na piecyku. Trzeba było od razu wszystko zjeść, nawet jeśli to był środek nocy. Rano mogła „wpaść” kontrola, a za kradzież jedzenia groziła wywózka jeszcze dalej w głąb Rosji.

Reklama

 Szczególnie ważną rolę w rodzinie pełnili Janek Kostecki i Stefek Misztaka. Ich spryt i odwaga sprawiały, że szanse na przeżycie pozostałych były znacznie większe. Kiedy Hitler wypowiedział Rosji wojnę, obaj zostali wcieleni do wojska. Nie wiadomo, jak dalej potoczyłyby się losy Tłuczków i Kosteckich, gdyby nie doświadczenie w rolnictwie, jakie mieli. Dzięki niemu trafili do gospodarstw po niemieckich osadnikach, którzy na skutek wojny niemiecko-rosyjskiej zostali pozbawieni majątków i najprawdopodobniej życia.

 – Przenieśliśmy się do Saratowa. Mama oporządzała krowy i doiła je trzy razy dziennie. Kazała mi przychodzić pod stajnię, w czasie południowego udoju i czekać w zaroślach. Jeśli nie było strażników, stawiała w okienku pojemnik z mlekiem, wtedy biegłem i szybko je wypijałem. Jeśli byli, mama wyrzucała obornik przez okienko. To był znak, żeby uciekać.

Reklama

Jeść!

Na zesłaniu żywność była dobrem najcenniejszym. Należała się tylko pracującym i była reglamentowana na podstawie kartek, w niewielkich ilościach. Trzeba było nauczyć się wykorzystywać to, co dawała natura.

Zrywało się wszystko, co można było zjeść. Dziadek pokazywał mi, jakie trawy mają jadalne nasiona. Trzeba było je zetrzeć w dłoniach, podmuchać, aby oczyścić z plew, a później długo żuć. Przeważnie były gorzkie. Rosły tam też rośliny, których korzenie po rozgotowaniu, zmieniały się w słodką papkę. A może mi się wydaje, że to było słodkie?

Reklama

Dziadek Mietka wiedział, w jakich rejonach można przebywać, a gdzie pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić. Być może tłumaczył to wnukowi, ale czy sześcioletnie, głodne dziecko mogło zrozumieć, jak niebezpieczne może być zerwanie kilku kłosów pszenicy z pól należących do kołchozu?

– Szukałem po łąkach nasion, aż dotarłem do jakiegoś pola z dziwnymi roślinami. Zerwałem kilka, oczyściłem z plew i spróbowałem. Ale były dobre! Tak się zająłem jedzeniem, że nie zauważyłem ekonoma, jadącego na koniu, dopóki bat nie świsnął mi nad głową. Posypały się uderzenia: jedno, drugie, trzecie…

Reklama

W końcu ekonom uznał, że pobił chłopca wystarczająco mocno i kazał mu uciekać. To była bolesna nauczka, lecz pustka w żołądku przemawiała bardziej niż najstraszniejsza groźba. Innym razem Mietek, skuszony jabłkami, zakradł się do jednostki, nie mając świadomości, czym grozi wtargniecie w czasie wojny na teren należący do wojska. Żołnierze przyłapali chłopca pod jabłonką, pałaszującego owoce i zaprowadzili do dowódcy.

– Kradłeś? – zapytał „komandir”.

Dziecko pokiwało głową, przyznając się do winy.

– Gdzie mieszkasz?

Reklama

– W kolonii poniemieckiej.

– Podprowadzić go pod dom i niech ucieka – dowódca rozkazał żołnierzom.

Tym razem obeszło się bez bicia.

W święto zmarłych rosyjskie rodziny przynosiły na groby bliskich jedzenie. Za odmówienie modlitwy za zmarłego można było dostać niewielki, twardy placuszek. Dzieci dobrze wiedziały, kiedy trzeba przyjść na cmentarz i co zrobić, żeby otrzymać poczęstunek.

– Chodziliśmy po cmentarzu i klękali przy każdym grobie. Aniela już znała modlitwy, bo była starsza, ja mniej, ale i tak dostawaliśmy po placuszku. To, co żeśmy nazbierali, trzeba było przynieść do domu. Raz nie wytrzymałem i ugryzłem kawałeczek. Jak mnie siostra skrzyczała!

Reklama

Hymn i zawieruszone listy

Między sobą zesłańcy rozmawiali po polsku, ale w zakładach i placówkach edukacyjnych trzeba było mówić po rosyjsku. W przedszkolu, do którego uczęszczał Miecio, pracowały dwie nauczycielki – Rosjanka i Polka – pani Masna, która została zapamiętana jako mądra, dobra kobieta, dbająca, by polskie dzieci znały język ojców.

– Podobno byłem taki niegrzeczny, że nauczycielka mnie lała (ta Rosjanka). Później się zmieniłem – pewnie ze strachu, a może mama mi tłumaczyła, że tak nie wolno. Czasami dawali zupę albo mleko, a pani Masna uczyła nas hymnu, modlitw, wierszy i piosenek.

Większość listów wysyłanych przez zesłańców nie docierała do adresatów. Te, które jakimś cudem nie zaginęły, podlegały cenzurze. Karol Tłuczek wiedział, gdzie się znajdują jego najbliżsi, jednak nie mógł w żaden sposób im pomóc. Zawierucha wojenna rzuciła go w okolice Przemyśla. W nadziei, że jego rodzina przeżyje, zdobył starą chałupę, by mieli gdzie zamieszkać, gdy wrócą. 

Tłuczkowie i Kosteccy wrócili do kraju jednym z pierwszych transportów zorganizowanych przez władze, by umożliwić powrót zesłańcom. Wieść o ich powrocie rozeszła się w społeczeństwie szerokim echem. Rodziny przybyły na dworzec, by przywitać repatriantów – wynędzniałych i zabiedzonych, w których trudno było rozpoznać bliskie osoby.

– Nie wiem, jak to się stało, że znaleźliśmy się w tym pociągu. To był czterdziesty szósty rok. Maj. Na drogę dostaliśmy jedzenie! Amerykańskie konserwy i kiełbasę. Chyba pierwszy raz w życiu najadłem się do syta, a jeszcze wszyscy mówili: „jedz Mieciu, jedz”. Na dworzec wyjechał po nas ojciec pożyczonym zaprzęgiem i zawiózł do domu.

Tak skończyła się nasza tułaczka.


Mieczysław Tłuczek po ukończeniu szkoły pracował w zakładach produkcyjnych. Był ślusarzem, operatorem maszyn i mistrzem. Ożenił się dochował dzieci, wnuków i prawnuków. Był prezesem Związku Sybiraków Oddział w Przemyślu. Część z opisanych sytuacji utrwaliła się w jego pamięci, inne zna z opowieści matki i siostry. Wszystkie są dla niego nadal żywe.

Joanna Lorenowicz

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama