Na początku XX wieku w okolicach Tarnopola mieszkało wielu osadników z centralnej Polski, którzy przenosili się na wschodnie rubieże kraju, skuszeni niską ceną ziemi. Karol Tłuczek był potomkiem jednego z nich. Zanim wybuchła wojna, ożenił się, zbudował dom, stajnię i rozpoczął budowę stodoły. Idąc walczyć za ojczyznę, zostawił żonę Teklę (z domu Kostecka) i dwoje dzieci (czteroletnią Anielę i dwuletniego Mieczysława). Po kapitulacji musiał się ukrywać. Kiedy w końcu wrócił do domu, został aresztowany, ciężko pobity i tylko cudem udało mu się uciec. W tym czasie jego rodziny w Zborowie już nie było.
– W środku nocy przyszło dwóch rosyjskich żołnierzy. Łomotali do drzwi i krzyczeli, żeby otwierać, bo inaczej podpalą dom.
– Zbierać się! – nakazał jeden z nich, kiedy matka wpuściła ich do sieni.
– Jak to się zbierać?
– O nic nie pytajcie. Pakujcie dużo jedzenia i ciepłe rzeczy – poradził drugi.
W domu było mięso z tyle co zabitej świni, oprócz tego mąka kasza, ziemniaki. Mama spakowała, co tam zdążyła i już za chwilę siedzieliśmy w saniach.
Pośpiesznemu pakowaniu towarzyszył płacz dzieci i groźby młodszego żołnierza, który plądrował dom. Starszy był spokojniejszy. Doradzał, co zabrać, chociaż nie zdradził, co czeka rodzinę Tłuczków. Na koniec, gdy wszyscy siedzieli już w saniach, rzucił im pierzynę.
– Zawieźli nas na stację w Jarczowcach, gdzie cały dzień i kawał nocy czekaliśmy na pociąg. Potem zapędzili do towarowych wagonów i wieźli, chyba ze sześć dni.
Tłuczkowie zostali przewiezieni do obwodu swierdłowskiego w pobliżu gór Ural, gdzie większość deportowanych zatrudniana była przy wydobyciu żelaza i węgla. Praca ponad siły, głodowe racje żywności, surowy klimat i choroby były codziennością zesłańców.
– Zostaliśmy umieszczeni w drewnianym baraku. Każda rodzina zajmowała jedno pomieszczenie. Mama dostała skierowanie do kopalni. Na trzeci dzień po przyjeździe musiała już iść do pracy, w przeciwnym razie nie mielibyśmy prawa do kartek żywnościowych. Ja i siostra zostaliśmy pod opieką babci.
W tym samym czasie rodzina Kosteckich trafiła do miejscowości Kudymkar, oddalonej od miejsca, w którym przebywała Tekla Tłuczek o około sto dwadzieścia kilometrów. Polacy pracowali tam w zakładach przetwórstwa owocowo-warzywnego i mięsnego. Janowi Kosteckiemu udało się ustalić, gdzie przebywa siostra, a wiedząc, że kobiecie z dziećmi ciężko będzie przetrwać, szukał sposobu, żeby ją ratować.
– Wujek Janek miał wtedy siedemnaście lat. Przywiązał sobie kawałki mięsa wokół ciała i w ten sposób wyniósł je z zakładu pracy. Kiedy do nas jechał, był przygotowany na najgorsze. Gdyby go przyłapano, poniósłby straszną karę. Nie wiem, jak on to zrobił, ale udało mu się przekupić dyrektora kopalni i uzyskać pozwolenie na przeniesienie mamy do pracy w przetwórni. Tam tak było. Jak ktoś był odważny, miał lepsze życie.
W Kudymkarze pani Tłuczkowa zamieszkała z rodzicami, bratem, siostrą i jej rodziną. Żyli w ciasnocie, ale byli razem, co dawało większe szanse na przetrwanie. Praca w nowym miejscu nie była lżejsza niż w kopalni. Nigdy nie było wiadomo, ile godzin potrwa zmiana – osiem, dwanaście, a może i więcej. Zdarzało się, że kobieta wracała do domu grubo po północy, a skoro świt musiała stawić się w zakładzie. Pomimo tego zatrudnienie przy żywności było przywilejem.
– Czasem mamie udało się coś zjeść, innym razem wynieść. Przywiązywała sobie pakunek z jedzeniem na brzuchu i w ten sposób przemycała. Pamiętam placki z tartych ziemniaków, przypiekane na piecyku. Trzeba było od razu wszystko zjeść, nawet jeśli to był środek nocy. Rano mogła „wpaść” kontrola, a za kradzież jedzenia groziła wywózka jeszcze dalej w głąb Rosji.
Szczególnie ważną rolę w rodzinie pełnili Janek Kostecki i Stefek Misztaka. Ich spryt i odwaga sprawiały, że szanse na przeżycie pozostałych były znacznie większe. Kiedy Hitler wypowiedział Rosji wojnę, obaj zostali wcieleni do wojska. Nie wiadomo, jak dalej potoczyłyby się losy Tłuczków i Kosteckich, gdyby nie doświadczenie w rolnictwie, jakie mieli. Dzięki niemu trafili do gospodarstw po niemieckich osadnikach, którzy na skutek wojny niemiecko-rosyjskiej zostali pozbawieni majątków i najprawdopodobniej życia.
– Przenieśliśmy się do Saratowa. Mama oporządzała krowy i doiła je trzy razy dziennie. Kazała mi przychodzić pod stajnię, w czasie południowego udoju i czekać w zaroślach. Jeśli nie było strażników, stawiała w okienku pojemnik z mlekiem, wtedy biegłem i szybko je wypijałem. Jeśli byli, mama wyrzucała obornik przez okienko. To był znak, żeby uciekać.
Na zesłaniu żywność była dobrem najcenniejszym. Należała się tylko pracującym i była reglamentowana na podstawie kartek, w niewielkich ilościach. Trzeba było nauczyć się wykorzystywać to, co dawała natura.
– Zrywało się wszystko, co można było zjeść. Dziadek pokazywał mi, jakie trawy mają jadalne nasiona. Trzeba było je zetrzeć w dłoniach, podmuchać, aby oczyścić z plew, a później długo żuć. Przeważnie były gorzkie. Rosły tam też rośliny, których korzenie po rozgotowaniu, zmieniały się w słodką papkę. A może mi się wydaje, że to było słodkie?
Dziadek Mietka wiedział, w jakich rejonach można przebywać, a gdzie pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić. Być może tłumaczył to wnukowi, ale czy sześcioletnie, głodne dziecko mogło zrozumieć, jak niebezpieczne może być zerwanie kilku kłosów pszenicy z pól należących do kołchozu?
– Szukałem po łąkach nasion, aż dotarłem do jakiegoś pola z dziwnymi roślinami. Zerwałem kilka, oczyściłem z plew i spróbowałem. Ale były dobre! Tak się zająłem jedzeniem, że nie zauważyłem ekonoma, jadącego na koniu, dopóki bat nie świsnął mi nad głową. Posypały się uderzenia: jedno, drugie, trzecie…
W końcu ekonom uznał, że pobił chłopca wystarczająco mocno i kazał mu uciekać. To była bolesna nauczka, lecz pustka w żołądku przemawiała bardziej niż najstraszniejsza groźba. Innym razem Mietek, skuszony jabłkami, zakradł się do jednostki, nie mając świadomości, czym grozi wtargniecie w czasie wojny na teren należący do wojska. Żołnierze przyłapali chłopca pod jabłonką, pałaszującego owoce i zaprowadzili do dowódcy.
– Kradłeś? – zapytał „komandir”.
Dziecko pokiwało głową, przyznając się do winy.
– Gdzie mieszkasz?
– W kolonii poniemieckiej.
– Podprowadzić go pod dom i niech ucieka – dowódca rozkazał żołnierzom.
Tym razem obeszło się bez bicia.
W święto zmarłych rosyjskie rodziny przynosiły na groby bliskich jedzenie. Za odmówienie modlitwy za zmarłego można było dostać niewielki, twardy placuszek. Dzieci dobrze wiedziały, kiedy trzeba przyjść na cmentarz i co zrobić, żeby otrzymać poczęstunek.
– Chodziliśmy po cmentarzu i klękali przy każdym grobie. Aniela już znała modlitwy, bo była starsza, ja mniej, ale i tak dostawaliśmy po placuszku. To, co żeśmy nazbierali, trzeba było przynieść do domu. Raz nie wytrzymałem i ugryzłem kawałeczek. Jak mnie siostra skrzyczała!
Między sobą zesłańcy rozmawiali po polsku, ale w zakładach i placówkach edukacyjnych trzeba było mówić po rosyjsku. W przedszkolu, do którego uczęszczał Miecio, pracowały dwie nauczycielki – Rosjanka i Polka – pani Masna, która została zapamiętana jako mądra, dobra kobieta, dbająca, by polskie dzieci znały język ojców.
– Podobno byłem taki niegrzeczny, że nauczycielka mnie lała (ta Rosjanka). Później się zmieniłem – pewnie ze strachu, a może mama mi tłumaczyła, że tak nie wolno. Czasami dawali zupę albo mleko, a pani Masna uczyła nas hymnu, modlitw, wierszy i piosenek.
Większość listów wysyłanych przez zesłańców nie docierała do adresatów. Te, które jakimś cudem nie zaginęły, podlegały cenzurze. Karol Tłuczek wiedział, gdzie się znajdują jego najbliżsi, jednak nie mógł w żaden sposób im pomóc. Zawierucha wojenna rzuciła go w okolice Przemyśla. W nadziei, że jego rodzina przeżyje, zdobył starą chałupę, by mieli gdzie zamieszkać, gdy wrócą.
Tłuczkowie i Kosteccy wrócili do kraju jednym z pierwszych transportów zorganizowanych przez władze, by umożliwić powrót zesłańcom. Wieść o ich powrocie rozeszła się w społeczeństwie szerokim echem. Rodziny przybyły na dworzec, by przywitać repatriantów – wynędzniałych i zabiedzonych, w których trudno było rozpoznać bliskie osoby.
– Nie wiem, jak to się stało, że znaleźliśmy się w tym pociągu. To był czterdziesty szósty rok. Maj. Na drogę dostaliśmy jedzenie! Amerykańskie konserwy i kiełbasę. Chyba pierwszy raz w życiu najadłem się do syta, a jeszcze wszyscy mówili: „jedz Mieciu, jedz”. Na dworzec wyjechał po nas ojciec pożyczonym zaprzęgiem i zawiózł do domu.
Tak skończyła się nasza tułaczka.
Mieczysław Tłuczek po ukończeniu szkoły pracował w zakładach produkcyjnych. Był ślusarzem, operatorem maszyn i mistrzem. Ożenił się dochował dzieci, wnuków i prawnuków. Był prezesem Związku Sybiraków Oddział w Przemyślu. Część z opisanych sytuacji utrwaliła się w jego pamięci, inne zna z opowieści matki i siostry. Wszystkie są dla niego nadal żywe.
Joanna Lorenowicz
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze