Mateusz Frańczak, mieszkający w Ostrowie pod Przemyślem, posiada wyjątkową pasję. Hoduje egzotyczne zwierzęta. Zamiłowaniu temu oddaje się już od 25 lat, ale dopiero 2 lata temu jego hodowla powiększyła się o dwa kangury rdzawoszyje.

Skąd pomysł na kangury?
– Pojawił się spontanicznie, gdy byliśmy u znajomego w Warszawie, który ma dużo takich zwierząt. Od tego się zaczęło. Od razu zapytałem, czy można je od niego kupić, no i do domu praktycznie wróciłem z parką.
A ile kosztuje kangur?
– No ja kupiłem kangury okazyjnie. Para około 20-centrymetrowych zwierzaków kosztowała mnie 7 tys. zł.
Czyli ktoś może wybrać: albo stary samochód, albo dwa kangury?
– Dokładnie. Z tym żeby doprecyzować – to są walabie – takie mniejsze kangurzątka. Znajomi pytają ze śmiechem, czy jeszcze urosną. Nie. Taka ich uroda.
Czy trzeba mieć jakieś specjalne pozwolenia, by je posiadać?
– Nie. Nie trzeba na to ani „CITES”, ani żadnych dokumentów i pozwoleń. Można je sobie po prostu legalnie kupić. Oczywiście trzeba też zadbać o to, by miały odpowiednie warunki. Nie może to być klatka metr na metr.
A jaki ma Pan stosunek do ludzi, którzy przychodzą, żeby je pooglądać?
– Nie mam z tym problemu, nawet się cieszę, jak przychodzą, pokazują zwierzaki najmłodszym, zaglądają, cieszą się nimi, karmią. Na szczęście nigdy nie doszło do sytuacji, w której ktoś zadziałałby na krzywdę zwierząt.
Czyli odwiedzający mogą dawać im coś do jedzenia?
– Tak, mogą je nieco dokarmić. Kangury są roślinożerne – można im przynosić marchewkę, jabłka, a nawet suchy chleb.
A czym Pan je karmi?
– W okresie zimowym w ich menu znajdują się m.in.: siano, zboże, owoce, warzywa i suchy chleb. W sezonie letnim dochodzi do tego jeszcze młoda trawa, gałązki i różne pędy.
A propos zimy: jak znoszą naszą, polską, chłodną aurę?
– Nie stanowi ona dla nich żadnego problemu, bo przystosowują się do naszych warunków. Muszą mieć tylko taki domek, który chroni od wiatru i deszczu, a w lecie zapewnia im cień.
Czy poznają Pana? Są świadome, że jest Pan ich opiekunem?
– O tak, poznają. Choć niestety, mam za mało czasu, żeby je jakoś bardziej oswoić.
Czyli nie łaszą się i nie oczekują pieszczot?
– Nie, ale chętnie jedzą mi z ręki, a czasem podskakują ku mnie, gdy widzą, że mam dla nich jakiś smakołyk.
A co jest dla nich smakołykiem?
– Na przykład młode gałązki krzaków malin. Owoce i warzywa też bardzo lubią, ale szczególnie przypadają im do gustu właśnie te zielone łodyżki.
Mają jakieś imiona?
– Imion nie mają, ale łatwo je odróżnić – to samiec i samica.
Ma Pan plany powiększenia hodowli?
– Z tyłu głowy coś kiełkuje, ale niestety czas nie jest z gumy.
Jakie zwierzęta można jeszcze zobaczyć w Pańskim gospodarstwie?
– Są jeszcze świnki wietnamskie, przeróżnego rodzaju kurki liliputki, karzełki, silki, są kozy miniaturki, są zebu indyjskie (takie minikrowy). Jest też byk watussi.
A które zwierzę zapoczątkowało Pańską pasję?
– Pierwszy był chyba legwan zielony, którego kupiłem sobie za pieniądze zebrane z okazji Pierwszej Komunii Świętej.
Czyli pasję do zwierząt przejawia Pan od dziecka. Co było po legwanie?
– Następny był wąż – pyton tygrysi, który mierzył aż 4 metry.
Nie bał się Pan?
– Nie, on był bardzo spokojny, łagodny z charakteru, taki czterometrowy pupil.
A rodzice też mieli takie zainteresowania? Czy może chociaż własne kury lub kozy?
– No właśnie nie. Rodzice nie mieli zwierząt. To we mnie zakiełkowała szczególna sympatia do nich. Pierwszym „zwyczajnym” zwierzątkiem był oczywiście pies, a potem już egzotyka. Po drodze jednak pojawiły się też kozy, owce, świnki... Miałem też kajmany okularowe.
A czy jest jakieś zwierzę, o którym Pan marzy?
– Może w przyszłości wkroczy tu zebra, ale na razie to bardziej odległe plany, bo ciężko mi to połączyć z pracą. To hobby jest czasochłonne. Wczesnym rankiem, jeszcze przed pracą, należy wszystkiego dojrzeć, nakarmić, napoić. Po pracy – powtórka z rozrywki. A sobota jak wiadomo – dzień na sprzątanie.
A jak na Pana pasję reaguje żona, sąsiedzi?
– Na szczęście mam bardzo wyrozumiałą żonę, która ją toleruje i czasami nawet w niej pomaga. Z sąsiadami żyję dobrze – również nie narzekają. Z ciekawości zaglądają, czasami nawet podrzucają jedzenie, jeśli coś im zostaje.
Pewnie w takiej hodowli wiele się dzieje?
– Tak, mamy tu czasem niezły cyrk. Kury wskakujące na świnie i jeżdżące na nich jak w wesołym autobusie to tylko przedsmak tego, co czasem można zaobserwować w gospodarstwie. Jedno jest pewne: nie ma nudy!
Dziękuję za rozmowę.
Miłosz Borzęcki
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze