Czy można ukraść coś, czego nie widać? Okazuje się, że można, o czym dotkliwie przekonał się niejaki Franciszek K. Stary kawaler po pięćdziesiątce mieszkał samotnie na skraju miasteczka w przedwojennym domku, który wymagał pilnego remontu.
Kiedyś żył z gospodarki, którą prowadził z rodzicami, ale po ich śmierci sprzedał pole i rozpoczął miejskie życie, które polegało na tym, że większość czasu spędzał, kręcąc się w okolicach ryneczku. Ponieważ renta nie wystarczała na jego potrzeby, zabrał się za pośrednictwo. To znaczy pośredniczył pomiędzy mrówkami z granicy a amatorami wschodnich trunków i fajek.
Wszyscy wiedzieli, że w potrzebie zawsze mogą liczyć na Franka i wszyscy byli zadowoleni. Ponieważ nie przesadzał z interesem podpadającym pod akcyzę, żadne służby się go nie czepiały. Zdarzyło się jednak, że kilku jego klientów miało zastrzeżenia do jakości towaru. Franek sam organoleptycznie potwierdził, że alkohol zza wschodniej granicy wyraźnie się popsuł i bez dyskusji przyjął reklamację.
Prawdopodobnie wtedy wpadł na nowy pomysł. Przypomniał sobie, jak to będąc jeszcze dzieckiem, podpatrywał sąsiada, który raz w miesiącu zamykał się w szopie i pędził bimber. Z blaszanej rury buchały kłęby dymu, a od zapachu unoszącego się wokół szopy aż się w głowie kręciło. Franek postanowił więc zastąpić gorzałkę z przemytu rodzimym produktem. Wiedział, że tajemnica proporcji składników tkwi w dacie bitwy pod Grunwaldem, czyli 1 kilogram cukru, 4 litry wody, 10 dkg drożdży piekarskich. Pozostawał jeszcze problem aparatury.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze