Reklama

Policjant w pogoni za Koroną Ziemi [ZDJĘCIA]


Ma 44 lata. Jest rodowitym Przemyślaninem. Mieszka w Siedliskach w gminie Medyka. Na co dzień jest policjantem Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Miejskiej Policji w Przemyślu i członkiem Zarządu Terenowego NSZZ Policjantów w Przemyślu. Jego hobby to strzelectwo sportowe, hodowla pszczół – prowadzi małą przydomową pasiekę. Lubi jeździć rowerem, pływać kajakiem, spędzać czas na łonie natury. A także chodzić po górach – tych mniejszych, jak i tych większych.


Rozmowa ze zdobywcą m.in. Kilimandżaro i Aconcaguy Rafałem Kazimirem.

 

Kiedy zaczęła się Pana przygoda z górami?

– Przygoda z górami zaczęła się w podstawówce, gdy pierwszy raz wyjechałem w Bieszczady. Później były nasze polskie góry – Beskidy i oczywiście Tatry. Ta przestrzeń i wolność zrobiły na mnie ogromne wrażenie. W wieku 27 lat życie zaprowadziło mnie do Szwajcarii na dwanaście lat. Jak Szwajcaria – to Alpy. Tam ta miłość do gór rosła z roku na rok. Właśnie tam zrodził się pomysł, by spróbować zdobyć któryś ze szczytów Korony Ziemi. Wybór padł na Kilimandżaro – i w listopadzie 2012 roku udało się wejść na najwyższy szczyt Afryki.

Reklama

Co było impulsem? Teraz to hobby, pasja?

– Raczej nazwałbym to fascynacją. Jak już się zacznie, to chce się jeszcze. Chce się podejmować coraz to poważniejsze wyzwania.

Jaki był pierwszy „poważniejszy” zdobyty przez Pana szczyt?

– Dla mnie pierwszym poważniejszym szczytem był Giewont zdobyty zimą. 

Mówią, że góry wciągają, że kiedy się poczuje ich magię, chce się tam wracać co rusz. Prawda to?

– W górach jest coś magicznego, co wciąga i przyciąga. Tam człowiek jest sam ze sobą i swoimi słabościami. Zapomina o przyziemnych sprawach, troskach i problemach. Może się odprężyć, oczyścić głowę. Tam można poznać swoje granice, a także próbować je przesunąć.

Kiedy zrodził się pomysł na atak Kilimandżaro, pierwszego szczytu z talii Korony Ziemi?

– Wejście na dach Afryki to był pomysł na uczczenie moich 30. urodzin. Chciałem zrobić coś wyjątkowego, co na długo zostanie mi w pamięć i padło na to, że wchodzimy na Kilimandżaro[paywall]. 

Reklama

Jak wyglądały przygotowania? Ile trwało podejście i wejście?

– Przygotowania do wejścia na Kilimandżaro odbywały się w Szwajcarii, gdzie mieszkałem w tamtym czasie. Tam miałem możliwości wejść na konkretne już wysokości, oscylujące między 2500 a 4000 m n.p.m. Mogłem zobaczyć, jak mój organizm reaguje. Oczywiście wcześniej także odbyłem u nas w Tatrach zimowy kurs turystyki górskiej, na którym zdobyłem dużo wiedzy teoretycznej oraz nauczyłem się posługiwania rakami, czekanem, autoasekuracji i innych przydatnych technik. A samo przygotowanie fizyczne w moim przypadku wyglądało tak, iż sporo jeździłem rowerem, trochę pływałem kajakiem i bardzo dużo chodziłem. W tym czasie mieszkałem w górach, które niekiedy sięgały do trzech tysięcy metrów. Sama akcja górska trwała sześć dni, podczas których przeszliśmy około 100 kilometrów.

Niedawno zdobył Pan drugi szczyt z Korony Ziemi. Tym razem najwyższy szczyt Ameryki Południowej, czyli Aconcaguę. Afrykańskie Kilimandżaro to już było wyzwanie, ale Aconcagua to już niemal 7000 m n.p.m. W takie góry nie można iść ot, tak sobie. Proszę powiedzieć, jaki to był stopień trudności? Jak wyglądały przygotowania? Ile trwało podejście i wejście?

– Pomysł zdobycia Aconcaguy siedział w mojej głowie od około 10 lat, ale nigdy nie było odpowiedniego momentu lub – jak ja to mówię – zapalnika. Dopiero gdy przeniosłem się do Przemyśla, spotkałem w moim wydziale kolegę, który jest zapalonym sportowcem. On poznał moją historię górską. Opowiedziałem mu o tym, co chciałbym zdobyć. Mieliśmy jechać razem, ale ze względów prywatnych on musiał zrezygnować, a ja postanowiłem mimo wszystko spróbować. Na pewno nie doceniłem tej góry. Myślałem, że będzie łatwiejsza. Założyłem, że jest łatwa technicznie, więc dam radę. Później w czasie wejścia okazało się, że powinienem bardziej się przyłożyć do przygotowania fizycznego. Te więc nie do końca było odpowiednie. Ale jak wcześniej, dużo chodziłem, do tego rower oraz bieg. A także bardzo silna motywacja i nastawienie, co według mnie na takich wyprawach jest bardzo ważne. Już wiele razy się przekonałem, że gdy morale padnie, mięśnie nie pociągną. A gdy głowa jest silna i motywacja dobra, to ciało może znieść dużo więcej, niż nam się wydaje. Czego sam jestem chyba dobrym przykładam, ponieważ parę zbędnych kilogramów tłuszczu doniosłem na samą górę. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że wybitnym sportowcem nie jestem. Na szczęście motywacji mi nie zabrakło i pokazałem, że nastawienie mentalne jest ważniejsze niż siła mięśni. Teraz już będę wiedział, że jednak trochę tego potu trzeba wylać więcej w czasie przygotowań. W tym przypadku cała akcja górska trwała 16 dni, w czasie których do pokonania było ponad cztery tysiące metrów. Większość czasu zajmuje aklimatyzacja. W tym czasie ważne jest dobre nawodnienie i odpowiednie odżywianie, żeby organizm miał „paliwo” do spalania. A sama aklimatyzacja polega na zmianach wysokości i przyzwyczajaniu organizmu do nowego. Po procesie aklimatyzacji zaczęła się akcja szczytowa. Wystartowaliśmy z Base Camp Plaza de Mulas na wysokości około 4300 metrów i szliśmy do obozu Nido de Condores, który znajduje się na wysokości 5500 metrów, gdzie spędziliśmy dwie noce. Następnie przeszliśmy do obozu Colera na 6000 metrów, gdzie odpoczywaliśmy i nad ranem, około godziny 4.30 rozpoczęliśmy atak. Sam atak szczytowy trwał około 15 godzin – wejście 10 godzin, zejście 4,5 godziny i chwila na szczycie. Atak rozpoczynaliśmy na wysokości około 6000 metrów, więc do szczytu mieliśmy ponad 900 metrów w pionie do pokonania. Było dość zimno i wiał wiatr. Mieliśmy o tyle szczęścia, że trafiliśmy na koniec okna pogodowego, więc natura była dla nas łaskawa. Mieliśmy słońce przeplatane chmurami, nie było najgorzej. Temperatura wahała się w okolicach minus 15 stopni Celsjusza, w zacienionych miejscach odczuwalna była kilka stopni niższa. 

Reklama

Wychodząc w takie góry, trzeba mieć w sobie wyjątkowe samozaparcie, ale i wielką pokorę. Czego Pana nauczyły dotychczasowe eskapady?

– Góry uczą pokory, a także wytrwałości. Nie można być też tylko zapatrzonym w cel, bo ważna też również droga. Czasem z rożnych przyczyn trzeba odpuścić. I to też nie jest żaden wstyd. Czasem coś, co się wydaje porażką, może być początkiem sukcesu. Góry nauczyły mnie także planowania i przewidywania pewnych spraw. Tam wysoko nie ma miejsca na improwizację. Podczas przygotowań trzeba przewidzieć wiele rzeczy. Wtedy mamy większe prawdopodobieństwo sukcesu.

Przygotowania kosztują. To droga pasja?

– Niestety, nie jest to tania pasja. Biorąc pod uwagę, iż są to góry z Korony Ziemi, które są coraz popularniejsze, same zezwolenia na wejście, wydawane przez władze państwowe w danym kraju są dość kosztowne. W moim przypadku było to 1170 dolarów. Dodając do tego koszty logistyczne, przeloty, obsługę lidera i lokalnych przewodników, robi się już niezła suma. Do tego trzeba też doliczyć sprzęt, który na takich wysokościach musi być już profesjonalny. Na przykład gruba kurtka puchowa to wydatek minimum 3,5 tysiąca złotych, buty z wewnętrznym botkiem to kolejne 3 – 4 tysiące, śpiwór puchowy, gdzie temperatura komfort to minus 22 stopnie, to około 2 tysiące złotych. I długo by można było wyliczać. 

Reklama

Kiedy kolejna wyprawa? I gdzie?

– Na razie regeneracja, ale w głowie coś już się tworzy, najprawdopodobniej będzie to Elbrus i Mont Blanc, ale w jakiej kolejności, czas pokaże. Jest jeszcze kilka innych szczytów, ale zobaczymy.

Mount Everest. Rozpala wyobraźnię?

– Oj bardzo! Ale niestety, jest poza moim zasięgiem i raczej zostanie w sferze marzeń niespełnionych.

Powie Pan sobie kiedyś: dość?

– Na pewno, ale raczej nieprędko.

Miejsce zdarzenia mapa Przemyśl
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 28/02/2026 18:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama