Reklama

Przyjechali pomóc. Pod egidą własnego sumienia

Wielu z nich poznało się tu, w Przemyślu. Na pierwszej linii frontu pomocy Ukrainie, zbrodniczo napadniętej przez Rosję. Są z różnych stron Polski. Mają pracę, rodziny, swoje zajęcia w rodzinnych miejscowościach. Ale chęć niesienia pomocy w tak trudnych czasach przeważyła. Przyjechali nas San własnymi busami i innymi pojazdami, by kursować kilka razy dziennie za naszą wschodnią granicę.

Swoją bazę noclegową i wypadową zarazem mają w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym nr 2 im. Janusza Korczaka w Przemyślu. W internacie dyrektor placówki Zbigniew Berestecki wygospodarował jedno pomieszczenie, co pozwoliło na wstawienie kilkunastu łóżek.

– Nasz ośrodek współpracuje z Akademią Pedagogiczną w Krakowie. Emerytowana pani profesor Marzena Klaczak zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy przyjęlibyśmy wolontariuszy, którzy będą jeździć przez Korczową do Lwowa. W jedną stronę zawozić towary, w drugą zabierać do Polski uchodźców. Oczywiście, że się zgodziłem. Przyjechali już pierwszego dnia wojny. Z różnych stron naszego kraju. Rotują się. Maksymalnie jest ich 25. Dodam tylko, że do ośrodka przyjęliśmy także dziewięciu niesłyszących uchodźców z Ukrainy – wyjaśnił Z. Berestecki.

Reklama

Codziennie robią pocztery kursy. Pakują busy po dach, jadą do Lwowa, stamtąd zabierają przede wszystkim uciekające przed wojną matki z dziećmi. Śpią po trzy, cztery godziny. Zdecydowali się opowiedzieć nam o sobie i swoich przeżyciach.

Zabrał sieroty

Pan Witold prowadzi z bratem zakład stolarski koło Bielska-Białej. Ma busa, więc nie zastanawiał się ani chwili.

– Pomagałem już przy kryzysie migracyjnym na granicy polsko-białoruskiej. Przyjechałem tutaj i najpierw uczyliśmy się, co i jak mamy robić. Jak przekraczać granicę, co zabierać ze sobą. Wieziemy towar spod Hali Kijowskiej do Lwowa. Z powrotem zabieramy ludzi. We Lwowie mamy dwóch kolegów, którzy koordynują akcję ich transportu do Polski. Pewnego razu na dworcu doszliśmy do pomieszczenia wielkości sali gimnastycznej, gdzie rozłożone były materace, a na nich sieroty. Pilnowały ich opiekunki. Roczne, dwuletnie maluchy leżały poukładane obok siebie i czekały. Nikt nie ma pojęcia, co to za tragiczny obraz, jeśli nie zobaczy tego na własne oczy[paywall] – opowiada.

Reklama

– Serce pęka. Zabraliśmy je wszystkie – dodał.

Wielkie dylematy

Pan Michał jest z Wieliczki. Prowadzi firmę budowlaną.

– Najgorsze jest to, że człowiek  musi dokonywać selekcji. Liczba miejsc w busie jest ograniczona, dużo mniejsza od liczby osób, które chcą wejść do busa. To dla mnie dramat. Każde otwarcie busa to tworzenie się liczącej około stu  osób kolejki. Każda z tych osób chce jechać. Wszyscy są z dziećmi. Jedna matka jest z młodszym, druga ze starszym dzieckiem. Co mam zrobić? Sytuacja ekstremalna. Czas na decyzję to kilka sekund. Nigdy jeszcze w takiej nie byliśmy. Nie zawsze podjęte decyzje są dobre, ale górę biorą emocje. Innym razem w drodze do Polski jedna z kobiet doznała ataku epilepsji. Było zagrożenie życia, na szczęście nie doszło do najgorszego – odetchnął z ulgą.

Reklama

Widać, co przeszli

Pan Wojciech mieszka w Krakowie. Także ma własną firmę, zajmuje się serwisem wentylacji.

– Nie możemy przejść obok tego, co się dzieje, obojętnie. To, co zobaczyliśmy na granicy, przekracza wszelkie wyobrażenia. Razu pewnego w busie miałem komplet miejsc zapełniony. Wyjechaliśmy, ale w szczerym polu widzę kobietę idącą z maleńkim dzieckiem na rękach. Samą. Udało mi się ją zabrać, powiem nieładnie, upchnąć do kabiny. Ale nie ma czasu na myślenie. Innym razem zabrałem kobietę ze starszym dzieckiem z Sum. Bardzo długo pytała, czy na pewno przeżyje tę podróż. Widać było, co przeszli. Jadący z tyłu są w bardzo mało komfortowej sytuacji. Jest ciemno, zamknięta przestrzeń. Autem czasami tłucze niemiłosiernie. Często proszę tych, którzy siedzą obok mnie, w kabinie, a mają bliskich z tyłu, o telefonowanie do nich. Żeby powiedzieli im, jaka jest sytuacja, gdzie jesteśmy, aby utrzymywali po prostu kontakt. Ci ludzie są potwornie zestresowani – powiedział.

Pomoc długoterminowa

Pan Piotr mieszka w Gdyni. Ma taką pracę, że dość często jeździł na Ukrainę. – Mam tam setki przyjaciół. Czułem potrzebę pomocy. Zawiesiłem swój biznes na kilkanaście dni i przyjechałem do Przemyśla. Połączyliśmy siły z chłopakami. Początkowo myślałem, że będziemy pracować na samej granicy. Ale chłopcy powiedzieli, że jedziemy do Lwowa. To jest lekcja życia dla każdego. Jak zobaczyłem te całe zastępy malutkich dzieci, które nie chcą się oderwać od ojców, wisząc im na szyi, rozpłakałem się. Po prostu. Ale musimy być twardzi, musimy pamiętać, że pomoc musi być długoterminowa. Pewnego dnia miałem do przewiezienia 14-osobową rodzinę. Najstarszy jej członek miał aż 95 lat, najmłodszy – pięć dni. Powiedzieli mi, że ten pierwszy może tej podróży nie przeżyć. Szczęśliwie udało się dotrzeć do celu wszystkim – rzekł ze wzruszeniem w głosie.

Reklama

Przewieźli kilkanaście tysięcy osób

Pan Andrzej jest spod Krakowa. Wspólnie z żoną prowadzi prywatną szkołę podstawową.

– Dlaczego tu przyjechałem? Był wieczór, 27 lutego. Siadłem do kolacji po pracy, włączam telewizor i widzę matkę z naręczem dzieci. To Ukraina. Wsiadłem na drugi dzień w swojego busa i przyjechałem do Przemyśla. Gromadzimy się tutaj pod egidą własnego sumienia. Naprawdę dużo już się naoglądaliśmy tych dramatów. Udało się nam lekko rozładować tę kolejkę, która stała do granicy w Korczowej. Przewieźliśmy już autokarami kilkanaście tysięcy ludzi ze Lwowa. Raz w konwoju jechaliśmy trzynastoma autokarami i wieloma busami. To, jak zostało to zorganizowane w Przemyślu, jest niesamowite. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Największym paliwem do działania są reakcje tych ludzi. Jedna z kobiet pogłaskała mnie, inna się przytuliła, jeszcze inna popłakała się z radości, że jest już bezpieczna. Że daliśmy im jeść, że daliśmy im pić – uśmiechnął się.

Czas na pojednanie

Pan Piotr mieszka we Włocławku.

– Znam trochę historię i wiem, że stosunki polsko-ukraińskie różnie się układały. Uważam, że teraz to znakomity czas na pojednanie. Historii nie da się zmienić, ale niech zostanie historią. Zostawmy ją w spokoju, w książkach, w literaturze. Oczywiście trzeba o niej pamiętać, ale nie rozdrapywać non stop. Wszyscy mamy rodziny, domy, dobytek. Pytanie, czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że taki ogrom tragedii mógłby spotkać i nas? Nie wyobrażam sobie, jak by to było, gdyby w jednej chwili trzeba było się spakować i udać się w nieznane. To przerażające. Dlatego tak ważne jest, by ciągle pomagać – podsumował.

Reklama


fot.Mariusz Godos
W podzięce otrzymują takiej treści SMS-y.


mars
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości