Reklama

Ryby to moja druga miłość, aż po grób!

W br. Miejskie Koło Polskiego Związku Wędkarskiego w Przemyślu obchodzi piękny jubileusz 100-lecia istnienia. Był to znakomity pretekst do zorganizowania 23 lipca br. na łowisku „No Kill” w Hermanowicach zawodów wędkarskich. Członkowie koła zostali wyróżnieni przez władze miasta specjalnym grawertonem, a koledzy wędkarze z innych kół życzyli kolejnych 100 lat działalności.

Rozmowa z wiceprezesem Miejskiego Koła Polskiego Związku Wędkarskiego w Przemyślu Andrzejem Bartnickim.

 

Jak to Wasze koło przez wiek się utrzymało?

– Dzięki temu, że zawsze trafiało się kilku pozytywnych wariatów. Pasjonatów. Absolutnie oddanych. Poświęcających własne pieniądze i czas. Teraz jednak mamy ogromne problemy. Nie wiem, czy nie wykończą nas te horrendalne opłaty za media[paywall].

Co w tych rybach jest fascynującego?

– O, długo by mówić... To pasja. Może chęć rywalizacji ciągnie ludzi nad wodę, do ryb, do wolności. Może chęć znalezienia chwil wytchnienia i zapomnienia o troskach życia codziennego. Wędkarstwo to styl życia, czasami moda.

Reklama

Kiedy się Pan zakochał w wędce?

– Członkiem koła jestem od 1971 roku. Już ponad pół wieku. W tym roku obchodzę jubileusz 50-lecia pierwszego startu w wyczynowych zawodach wędkarskich. Ale łowić zacząłem od małego dzieciaka. To rodzinna pasja. Mój dziadek, który zginął w 1918 roku, kiedy bronił Przemyśla, łowił z kolegami na Sanie w Ostrowie na sieci. Potem zawozili ryby do sklepu, który przez lata był na placu Konstytucji. Z czasem pozwolenia na połowy siecią zostały cofnięte, a taki sposób zabroniony. Łowił i mój ojciec. Jako żółtodziób miałem w kole bardzo doświadczonych kolegów, którzy nauczyli mnie etyki wędkarskiej.

Reklama

Jaką pierwszą rybę Pan złowił?

– Mieszkałem powyżej progu w Ostrowie. Miałem pięć lat, kiedy ojciec zabrał mnie nad San. Zrobił mi prostą wędkę z kołowrotkiem toczonym w Polnej. To była brzana. Wielka. Jak mnie porwała, omal nie wpadłem do wody. Ważyła ponad trzy kilo. Nie zapomnę tego do końca życia. Zabraliśmy ją do domu. Była bieda, ojciec pracował w browarze. Mama robiła z ryb pyszne sznycle. Największą złowioną przeze mnie rybą był natomiast ponad 20-kilogramowy sum.

W Sanie było wtedy dużo ryb?

Reklama

– Oj, proszę pana... Nie było żadnych progów. Na San spływała wówczas certa. Prawdziwa, piękna, garbata. W Ostrowie jak miała tarło, to można było po niej przejść przez rzekę jak po kładce. Tyle jej było. Ludzie wtedy myśleli. Na Sanie były tak zwane główki czy ostrogi, takie jak kiedyś na Wiśle. Wyłożone kamieniami i faszyną. Za nimi była głębia, do trzech, czterech metrów głębokości. To były takie zimochowy dla ryb, które miały gdzie się skryć. Jak się wtedy wchodziło do rzeki, to nie można było ustać, tyle było drobnicy. Aż szczypały w palce. Były brzany, klenie, świnki, a nawet węgorze. Pan sobie wyobraża? W Ostrowie w nocy złowić go nie było żadnym problemem. Klenie łowiło się na chrabąszcze. Świnek nie brałem, bo ryją w mule. Wewnątrz mają taką czarną błonę, która zawsze mnie odrażała. Teraz to tragedia. Mógłbym na ten temat rozmawiać godzinami, ale szkoda gadania. Doszło do totalnej degradacji. Mimo zarybiania, ryb jest bardzo mało.

Pewnie na setki kilogramów nałowił się Pan w swoim życiu?

Reklama

– Na bank! Tyle, że trzymam się regulaminów. Jest rejestr połowów. Są gatunki, które można złowić w ilości jednej sztuki na dobę.

Czasy się zmieniają. Pół wieku temu wędkarstwo było inne, trzydzieści lat temu inne, teraz jeszcze inne. Czym się różni?

– Takich pasjonatów jak ja, którzy łowią starymi metodami jest coraz mniej. Sprzęt mam w miarę porządny. Dobrej klasy trzy sztuki tak zwanych batów. Ośmiometrowych. Mam i inne wędki. Na tyle mocne, aby wybrać się na nocne połowy na przykład suma. W tej chwili jest jakaś moda, która zupełnie mi się nie podoba, aby łowić na pellet. To takie specjalne kulki, zrobione z mączek zapachowych, podobno wzbogacone o substancje odżywcze i witaminy. Mają smak truskawki, poziomki czy innych. Tak nęcą. A to, moim zdaniem, jest narkotyk dla ryb. Idź pan z tym. Jeśli ryba to posmakuje, je bez opamiętania. Dlatego teraz na zawodach padają rekordowe wyniki. Dla mnie to słabe. To komercja, nie prawdziwe wędkarstwo.

Reklama

Na co kiedyś ryba brała?

– Na brzanę, węgorza czy suma była tak zwana rosówka. Łowiona w nocy na trawnikach. Na kopane robaki, zwłaszcza na gnojaki z kompostu. Zanęty robiło się z kukurydzy. Pęczak się zaparzało. Na płatki, na makaron. Wszyściutko naturalne. Był także specjalny gatunek bułki, ale do tego trzeba było mieć cierpliwość, aby dobrze ją założyć na haczyk. I to wszystko mi się podoba. Cieszę się, że podczas zawodów spławikowych nie można używać tych pelletów. Do dzisiaj mam w garażu kilka elektrycznych młynków, w których mieliłem składniki na zanęty. Podobnie jak maszynkę do toczenia spławików. Pamiętam zawody pod Czuwajem, gdzie łowiłem na zioła. Tam najczęstszą rybą była ukleja. W trzy godziny złowić siedem czy osiem kilo to był wyczyn.

Reklama

Kormorany robią złą robotę?

– Złą? Toż to tragedia! Mam porobione zdjęcia z Krążków w Babicach. Zaczęła schodzić kra i były wielkie gromady świnek. W pewnym momencie zrobiło się biało na Sanie od podziurkownych ryb, które były za duże do przełknięcia przez kormorany. To był istny pogrom. Mam zezwolenie na umyślne odstraszanie tych ptaków. Hukowe petardy, które można używać od 1 listopada do końca marca. I to robię.

Długi, mocny kij, żyłka, kołowrotek i można kiedyś było iść na ryby. Prawda to?

– Z ojcem zaczynałem od leszczyny. Pozyskiwało się tylko i wyłącznie w zimie. W Ostrowie nie było, tośmy przez lód na Sanie szli do lasu w Prałkowcach i tam szukaliśmy tak zwanych szpiców leszczynowych. Znajdowało się i szpice z jałowca. To był szał! Supermocne. Przelotki robiło się samemu. Kołowrotki także się toczyło samemu, oczywiście jak się umiało. Były nie do zdarcia. Wie pan jaka to była przyjemność... Teraz trzeba mieć wór pieniędzy i masz całe oprzyrządowanie.

Reklama

Dobry wędkarz to...

– Taki, który przestrzega regulaminów, jakie by nie były. A te były zawsze, ale się zmieniały. Dobry wędkarz to oaza cierpliwości. To najważniejsze. Prawdziwy wędkarz nie pozostawi po sobie bałaganu. Dyrektor Rybak z CKUiZ pozwolił dwóm klasom pomóc nam sprzątać w Ostrowie. Zbieramy co chwilę po pięćdziesiąt, sześćdziesiąt 120-litrowych worów śmieci. Dla niektórych nie ma żadnych świętości.

Podobno „rybka lubi pływać”.

– Oj, to prawda. Ależ historii jest z tym powiedzeniem! Jak z kolegami, najczęściej w nocy z soboty na niedzielę, jechaliśmy na ryby, najczęściej na suma do Walawy, każdy musiał coś ze sobą wziąć. Czasami problemem była zagrycha. Ale i na to miałem rozwiązanie. Zawsze miałem przy sobie specjalną wędkę uklejówkę. Z takimi minihaczykami. Larwa muchy plujki i ukleje łowiło się jak komary. Potem oczyściłem, nasoliłem. Miałem patelnię, trochę oleju. Jakie to było pyszne! Jak frytki.

Reklama

Panu chce się jeszcze chcieć?

– Zawsze! Jedyne co, to nie jeżdżę na ryby nocami sam. Przeszedłem zawał, mam wstawione stenty. Ryby to moja druga miłość, aż po grób.

 

 


 

Wyniki zawodów wędkarskich z okazji 100-lecia Miejskiego Koła Polskiego Związku Wędkarskiego w Przemyślu:

  • Zawody spławikowe: 1. Piotr Dąbrowicz, 2. Klaudiusz Bartnicki, 3. Marek Bartocha.

Łącznie złowiono 72,92 kg ryb.

  • Zawody gruntowe: 1. Sebastian Pacławski, 2. Krzysztof Krępuszewski, 3. Bogdan Sikorski.

Łącznie złowiono 198,29 kg ryb.

 


Kilka zdań o Miejskim Kole Polskiego Związku Wędkarskiego w Przemyślu

Początek wędkarstwa w Przemyślu datuje się na 1923 r., kiedy powstało Towarzystwo Sportowo-Rybackie na rzekach San i Wiar. Liczyło 50 członków i było początkiem funkcjonowania miejskiego koła. W 1949 r. powołany został do życia Polski Związek Wędkarski. Rok później prezesem Okręgu Rzeszowskiego został Roman Maksymowicz z Przemyśla. Okręg w Przemyślu powstał jednak dopiero 22 lutego 1981 r. Pierwszym prezesem był Franciszek Kroczek, kolejnymi: Zygmunt Kuderski, Waldemar Pacuła i Jan Legiejza (od 20 lat, do dzisiaj). Członkowie przemyskiego miejskiego koła zostali odznaczeni za wkład pracy na rzecz PZW 11 złotymi, 25 srebrnymi odznakami, 7 złotymi odznakami z wieńcami PZW oraz 8 medalami Za Zasługi w Rozwoju Wędkarstwa. W początkowym okresie działalności koła prowadzone były sekcje: muchowa, rzutowa oraz gruntowa, która została przekształcona w spławikową. W 1982 i 1983 r. mistrzem Okręgu Rzeszowskiego został Andrzej Bartnicki, w 2003 r. jego syn, Klaudiusz. Członek koła Henryk Konieczny wziął udział w Mistrzostwach Polski w dyscyplinie rzutowej. Obecnie koło liczy 57 członków.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama