Po 13 dniach i 3 godzinach Bartosz Wardęga dotarł z Przemyśla do Bałtyku. Sanem i Wisłą pokonał 837 kilometrów.
Bartosz Wardęga jest policjantem Ogniwa Techniki Kryminalistycznej w stopniu młodszego aspiranta. O jego wyprawie pisaliśmy w czerwcu. Bartosz wyruszył z Przemyśla, by samotnie kajakiem dopłynąć do ujścia Wisły do Bałtyku.
Wziął z sobą[paywall] najpotrzebniejsze rzeczy: namiot, śpiwór, jedzenie, telefon i powerbanki. Nocował na ogół w namiocie nad brzegiem rzeki. Wstawał wcześnie rano i około 6.30 wyruszał w podróż. Dziennie pokonywał średnio 65 km. Za najbardziej urokliwy uznaje odcinek Wisły między Sandomierzem a Kazimierzem.
Wprawdzie płynął samotnie, ale po drodze spotkał też wielu ciekawych ludzi. W Stalowej Woli poznał pana Janusza z klubu wodnego, z którym spędził wieczór na pogaduchach o dalszej trasie. – Co ciekawe, kilku jego druhów próbowało spłynąć do Gdańska, wszyscy bez powodzenia – opowiada B. Wardęga.
– Płynąc Wisłą poznałem niesamowitych ludzi, którzy spędzili nad nią całe swoje życie. W trakcie opowiadania o latach minionych, o przeszłości świetnie zachowanej na przetartych fotografiach, utrwalonej w setkach opowieści i anegdot, z łatwością można się przenieść w czasie – wspomina Bartosz. – Niestety w większości tych opowiadań i wspomnień kryje się nutka żalu, że obecna Wisła opustoszała. Ludzie, o których krążą legendy podobne do tych o zakapiorach bieszczadzkich, zabrali fascynację rzeką ze sobą. Młodzież nie garnie się do klubów wodnych, więc te siłą rzeczy są zamykane. Mniejsza liczba wodnych turystów sprawia, że dla władz rzeka staje się problemem, a nie potencjalną atrakcją – mówi.
Na swojej drodze samotny podróżnik spotykał się też z trudnościami, jakie niesie z sobą natura. Niektóre odcinki Sanu i Wisły były bardzo trudne. Już w Bolestraszycach zaliczył pierwszą wywrotkę, którą przypłacił utratą kanapek i przemoczonymi ubraniami. Natomiast pod Włocławkiem duża fala, spowodowana wiatrem z północy, uniemożliwiła mu pokonanie Zalewu Wiślanego na kajaku. Na szczęście dzięki pomocy – jak to określił – dobrych duszyczek, udało się przetransportować kajak za śluzę i mógł kontynuować swój spływ.
Do Bałtyku dotarł po 13 dniach i 3 godzinach podróży. Ostatnie 10 kilometrów pokonał w towarzystwie… foki. – Nazwa Gdańsk na podkarpackim odcinku spływu wywoływała niedowierzanie, nawet kpinę. Nie obrażałem się, bo sam podchodziłem do swojego pomysłu realistycznie, nie traktując go jako jakiegoś wyścigu czy rywalizacji, a bardziej przygodę. Wsiadając trzeci raz w życiu na kajak, a pierwszy na dłużej niż kilka godzin, byłem świadomy, jak wiele rzeczy może się wydarzyć, które przedwcześnie mogą zakończyć mój spływ. A on wciąż trwał i trwał – podsumowuje swoją udaną podróż Bartosz Wardęga.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze