Reklama

Talenty widzi wszędzie i codziennie

Wykonuje naprawdę kawał znakomitej roboty. To, jak potrafił i potrafi zjednać sobie setki dzieciaków, nakłonić ich do aktywnego spędzania czasu, nie przy telefonach komórkowych czy komputerach, zasługuje na najwyższe słowa uznania. Czasami jednak można odnieść wrażenie, że tak nie jest... Spod jego skrzydeł wyszło już kilku zawodników, którzy trafili do konkretnych, cenionych piłkarskich klubów. A gdyby miał takie możliwości, jak mają inni wychowawcy i trenerzy młodzieży w Polsce czy Europie, byłoby ich znacznie więcej.

Rozmowa z prezesem Uczniowskiego Klubu Sportowego „Orlik” Przemyśl Henrykiem Łaskarzewskim.

 

Czy Pan, wstając rano, myśli: „piłka” i kładąc się spać również?

– Tak, piłka nożna od dzieciństwa jest nieodłączną częścią mojego dnia. Teraz jako prezes klubu i trener muszę być w nią zaangażowany cały czas. Stanowi to źródło sukcesów Orlika, bo prawie każda osoba zaangażowana w nasz klub podchodzi do tego podobnie.

Kiedy zaczęła się miłość do futbolu? Występował Pan na boisku jako zawodnik? Proszę opowiedzieć...

– Moje początki to Czuwaj Przemyśl. Miałem okazję trenować pod batutą takich trenerów jak: Jan Ekiert, Jerzy Busz, Michał Rabski czy legendy klubu z Zasania Mirosława Lewandowskiego oraz być kolegą z boiska takich zawodników jak: Leszek Walankiewicz, Andrzej i Bogdan Weselakowie, Adam Buksa, Jerzy Wiącek, Ryszard Trojan oraz wielu innych kolegów, którzy tworzyli niezapomnianą atmosferę i legendę tego klubu. Poprzeczka zawsze była ustawiona wysoko i mimo przyjaźni, którą do dzisiaj hołubimy, zawsze była i jest w nas nuta pozytywnej rywalizacji.

Reklama

Jakie było najciekawsze, najbardziej zaskakujące i nieprzyjemne zdarzenie z kariery?

– Zdecydowanie gra w drużynie z wyżej wymienionymi w mistrzostwach Polski drużyn kolejowych juniorów. Zawsze plasowaliśmy się w krajowej czołówce, rywalizując z takimi zespołami jak choćby Lech Poznań, Sandecja Nowy Sącz czy Polonia Warszawa. Ciekawie było także podczas rywalizacji w lidze z najmocniejszymi drużynami w kraju, by wymienić Stal Rzeszów czy Stal Mielec, która miała w swoim składzie siedmiu reprezentantów Polski juniorów. Trenując na tak zwanych kamedułach, pomiędzy drzewami do ostatniej ligowej kolejki, liczyliśmy się w grze o tytuł mistrzowski. Najbardziej zaskakujące było zdobycie Złotej Nike Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej dla trenera-wychowawcy dzieci i młodzieży, zdobycie tytułu Animatora Roku w Polsce oraz wygranie ogólnopolskiego projektu BeActive w Polsce. Cenne było wywalczenie trzeciego miejsca w mistrzostwach Polski w futsalu w kategorii U-17 chłopców w bieżącym roku. Jestem dumny z rozegrania meczu sparingowego z pierwszym zespołem rocznika 2008 FC Barcelony na jej boiskach, gdzie obok, w tym samym czasie, sparowały takie marki jak Bayern Monachium czy Leeds United w innych rocznikach. Nie było w mojej skromnej karierze chwil nieprzyjemnych. Nie zamieniłbym nigdy swojej przygody, kolegów z szatni i tego co mnie spotkało dzięki piłce w Czuwaju, na coś innego. Dziękuję wszystkim trenerom i kolegom z klubu za to, co mogłem dzięki nim przeżyć i potem kontynuować już jako działacz i trener. Zawsze w sercu będę biało-żółto-czerwonym harcerzem z Zasania. Jak mam czas, zawsze można mnie zobaczyć na trybunach najpopularniejszego budynku klubowego w Polsce przy ulicy 22 Stycznia w Przemyślu[paywall].

Kiedy odkrył Pan w sobie „dobrą” rękę do szkolenia młodzieży? W tym się Pan chyba najlepiej spełnia?

– Będąc wieloletnim działaczem Czuwaju i widząc, jak jego sukcesy powoli stają się przeszłością, postanowiłem, że to, czego mnie w tym klubie nauczono, nie może zostać zapomniane. Czuwaj po spadku z drugiej ligi mocno się zachwiał w posadach. To były bardzo ciężkie chwile dla klubu. Praktycznie wszyscy trenerzy go opuścili. Zostałem tylko ja i świętej pamięci Jacek Bednarz. Wspomagał nas Mietek Danielak, w dwójkę prowadziliśmy wszystkie grupy młodzieżowo-dziecięce z grupami naborowymi oraz seniorów. Oczywiście bezpłatnie. Daliśmy radę. Natomiast impulsem do podjęcia pracy w roli trenera był Stanisław Kocot, doskonale znany trener pierwszoligowej Stali Rzeszów i ówczesny trener koordynator Rzeszowskiego Związku Piłki Nożnej. To on powierzył mi kadrę wojewódzką rocznika 2008. Moim mentorem był także Zenon Książek, były trener Stali Mielec z czasów świetności. To właśnie on prowadził zespół z Mielca w meczu z Realem Madryt. To oni sprawili i mnie przekonali, aby zostać przy trenerce na poważnie. Podjąłem studia kierunkowe, uzupełniłem brakujące kursy oraz licencje. W Czuwaju były różne koncepcje prowadzenia grup młodzieżowych, nie zawsze się z nimi zgadzałem, więc zająłem się dziećmi w nowo powstałym UKS SP Trójczyce oraz prowadziłem dzieci w Szkole Podstawowej w Kaszycach. Ale zawsze po głowie chodziła mi realizacja własnego pomysłu i stworzenie klubu, który będzie szkolił kolejne pokolenia piłkarzy z bardzo dobrymi efektami.

Reklama

Co, Pana zdaniem, jest nie tak w polskim systemem szkolenia młodzieży, że nie jesteśmy w stanie masowo (jak na prawie 40-milionowy naród) wypuszczać w świat perełki, które potem sobie poradzą w wielkim futbolu? Kraje o wiele mniejsze niż Polska (np. Holandia, Belgia, Chorwacja, Portugalia) robią to znakomicie... Polski młody piłkarz dwa razy poprawnie dośrodkuje z turlającej się po murawie piłki, jest z miejsca sprzedawany za granicę, by szybko albo znikać, albo wracać do kraju jak zbity pies, bo sobie nie poradził...

– Nie doceniamy ostatniego przeskoku w szkoleniu naszej młodzieży. Zaczynamy się w Europie liczyć, ale to proces wieloletni i na efekty reform PZPN-u z ostatnich lat musimy jeszcze poczekać. Są pierwsze zwiastuny poprawy tej sytuacji, by wspomnieć o regularnej grze naszych kadr młodzieżowych w mistrzostwach Europy czy świata. Można ubolewać nad brakiem infrastruktury. Szczególnie widoczne jest to na prowincji, gdzie o sztucznym boisku czy tak zwanych balonach w okresie jesienno-zimowym można pomarzyć. Jesteśmy outsiderem w Europie jeśli chodzi o ten element. Trenując osiem miesięcy w zbliżonych warunkach do rywali, a cztery udając że się trenuje, nie możemy dorównać tym, którzy nie mają z tym najmniejszych problemów. Jeśli poprawimy bazę i dostępność do odpowiedniej infrastruktury przez dwanaście miesięcy w roku, jestem przekonany, że będziemy w czołówce europejskiego szkolenia i wyniki reprezentacyjne się poprawią. 

UKS Orlik Przemyśl... To piękna historia. Proszę opowiedzieć o początkach.

– Tak jak wspomniałem: zaszczepiona miłość i pasja do piłki nie pozwalała mi na bezczynność. Krok po kroku stworzyliśmy rodzinę Orlika i do dzisiaj nią jesteśmy. Już ponad dziesięć lat, mimo różnych zawirowań, z których wychodziliśmy jeszcze silniejsi. Jestem przekonany, że młodsi, którzy obecnie przejmują stery w klubie, zrobią z niego symbol szkolenia dzieci i młodzieży rozpoznawalny w Europie i na świecie. Cieszę się również, że dzięki Orlikowi poprzeczka w szkoleniu dzieci i młodzieży powędrowała w Przemyślu wysoko, co musi się przełożyć za jakiś czas na jakość gry seniorów w Przemyślu i okolicach. Jako UKS Orlik w ostatnich latach rozgrywaliśmy mecze i byliśmy na turniejach w: Niemczech, Portugalii, Hiszpanii, Szwajcarii, Austrii, Czechach, Słowacji, Ukrainie i na Węgrzech. Nigdy nie czuliśmy wobec innych drużyn kompleksów. Mamy naprawdę powody do dumy, a przykłady takich zawodników jak: Hubert Kędziora, Rafał Mikulec, Gracjan Czapniewski czy wielu innych młodych, kontynuujących karierę mimo młodego wieku na poziomie trzeciej czy czwartej ligi, potwierdzają, że warto zaczynać w Orliku przy Dworskiego, bo wiemy jak to robić. A jak się ma takich ambasadorów jak bracia Buksowie, można myśleć o najwyższych możliwych osiągnięciach piłkarskich, w tym reprezentacyjnych, Oni są dla nas namacalnym dowodem i przykładem, że można połączyć naukę na bardzo wysokim poziomie z pasją do piłki nożnej na szczeblu reprezentacyjnym. Ale Orlik to nie tylko futbol, a sport powszechny w pełnym tego słowa znaczeniu. Dlatego każdy znajdzie u nas coś dla siebie bez względy na wiek, płeć, narodowość, zdolności czy deficyty ruchowe. Wystarczą chęci, a resztą się zajmiemy. Nie sposób nie wspomnieć o naszych sponsorach; Hensfort, Hotel Arłamów, Chemart, Eurobus, Polna, Inżynieria, Cuteline, miasto Przemyśl i wielu innych, bez których byłoby nam ciężko.

Reklama

Obiekt przy ul. Dworskiego ciągle tętni życiem. No to jak to się robi?

– Robi się to pasją, codzienną pracą mimo wielu przeciwności i problemów. Jestem optymistą, a frekwencja, tłumy dzieci i młodzieży na obiektach Juwenii są dla mnie nagrodą i oceną tego, co robimy. Przed blisko 17 laty powierzono mi zadanie, aby ten stadion był obiektem dla wszystkich. Bywało z tym różnie, bo na stadionie nie było często bezpiecznie. Ale uważam, że mi się udało to zrealizować. Muszę się pochwalić, że w trakcie epidemii covid byliśmy jednym z niewielu stadionów na świecie otwartym każdego dnia. Sukces to także ludzie, którymi się otaczam, którzy na każdym etapie wspierają nasz projekt. Szczególnie dziękuję za zaufanie dyrektorowi Robertowi Rybakowi, który powierzył mi to zadanie przed laty... oraz Monice Chabior, ówczesnej prezes Fundacji Rozwoju Kultury Fizycznej, a obecnie wiceprezydent Gdańska, która zainspirowała mnie... sobą do odpowiedniego działania.

Pomysł zaangażowania w futbol na amatorskim poziomie oczywiście Pana słynnych „mamusiek” to pomysł autorski czy skąd zaczerpnięty? Tak czy siak – znakomity.

– Zdecydowanie to nasz autorski pomysł. Mamy setki dzieci codziennie grających w piłkę. Pomyślałem, że skoro ojcowie mogą w wolnym czasie grać w piłkę, to dlaczego nie możemy zaangażować mam, które tak fantastycznie wspierają swoje dzieci. Dużą rolę w stworzeniu „Mamusiek” odegrała moja żona Renata oraz wiele wspaniałych kobiet, które pomagały. Mam nadzieję, że większość z nostalgią wspomina chwile, które towarzyszyły im po zdobyciu Mistrzostwa Polski Mamusiek w piłce nożnej. Obecnie wciąż, na każdym kroku, wspierają nas mamy naszych podopiecznych. Jestem bardzo dumny, że ten pomysł przetrwał. Projekt jest kontynuowany także przez Podkarpacki Związek Piłki Nożnej, który organizuje w Sanoku już po raz trzeci festiwal futbolu kobiecego. W ubiegłym roku było grubo ponad 500 uczestniczek!

Reklama

Czy, Pana zdaniem, przemyski sport młodzieżowy, ma solidne wsparcie ze strony miasta?

– Miasto wspiera sport na ile może. My doceniamy każdą pomoc i za każdą serdecznie wszystkim dziękujemy.

Czy, Pana zdaniem, Przemyśl stać na seniorski zespół choćby w trzeciej lidze? Bo teraz są dwa zespoły na szóstym poziomie rozgrywkowym w Polsce. To wstyd. Z cały szacunkiem dla Torek, Morawska, Lisich Jam czy Piwody, tułanie się Polonii i Czuwaju po tamtejszych boiskach nie przystoi...

– Piłkarsko nas stać. Talenty widzę codziennie. Czy stać nas finansowo? To pytanie pozostawiam innym.

Jak wiadomo, nie samą piłką żyje człowiek. Jaki Henryk Łaskarzewski jest na co dzień? Jakie ma inne zainteresowania, pasje, marzenia?

– Lubię posłuchać dobrej muzyki poważnej. Ostatnio na nowo odkryłem Chopina. Wraz z Orlikiem wróciła moja pasja do podróżowania. Jesteśmy zapraszani przez kluby w całej Europie, ale pojawiają się zaproszenia także z: Afryki, Ameryki czy Azji. Stajemy się marką światową i mamy w nazwie Przemyśl. Orlik jest rozpoznawalny wszędzie. Choćby dzięki takim projektom jak nasza drużyna seniorów – Orlik Tatabanyan w Burkina Faso. Mało jest miejsc na Starym Kontynencie, których jako opiekun i trener dzięki piłce nie zwiedziłem. Piłka jest pasją, ale serce zawsze najmocniej bije dla rodziny oraz dla moich przyjaciół. Każda chwila spędzona z nimi jest dla mnie wyjątkowa i jeśli tylko mogę, zawsze znajdę czas na spotkanie, bo na nich nigdy się nie zawiodłem tak na boisku jak i poza nim.

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 05/08/2024 18:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama