Kazimierz na wiosnę dostał w spadku po rodzicach stary, jednorodzinny domek wraz z niewielkim ogródkiem, położony na obrzeżach miasta. Miał swoje mieszkanie i przez parę miesięcy zaglądnął tam może dwa, trzy razy. Niedawno, kiedy skończyła mu się umowa o pracę i miał dużo wolnego czasu, zabrał się za porządkowanie wszystkiego, co rodzice nagromadzili w czasie całego życia.
Załatwił niewielki kontener i po trochę napełniał go różnymi niepotrzebnymi gratami i szmatami. Któregoś dnia kończył pracę, bo już robiło się ciemno, a jeszcze nie miał podłączonego prądu. Ostatkiem sił wszedł na krzesło, żeby zdjąć z szafy duże pudło. Ostrożnie położył je na stole i starając się nie wzniecać tumanów kurzu, otworzył je. W półmroku zobaczył trzy obrazy w grubych rzeźbionych ramach. Przetarł jeden i spod grubej warstwy kurzu ukazał się zarys konia. Kazimierz był już naprawdę zmęczony, więc zamknął pudło, doprowadził się do porządku i poszedł do domu. Po drodze wstąpił na piwo i przysiadł się do kilku znajomych. Dla żartu powiedział, że znalazł trzy „Kossaki” i już niedługo będzie bogaty, a wtedy wszystkim postawi po pięć kolejek. Kilka dni później, kiedy już odpoczął, postanowił dokończyć porządki. Po wejściu do domku zobaczył, że ze stołu znikło pudło z obrazami. Brakowało też starego radia tranzystorowego i zestawu ręcznie malowanych kieliszków, które stały w kredensie. Szafy były pootwierane i wszędzie było widać ślady buszowania. Kazimierz nawet nie wszedł dalej, żeby nie zacierać śladów, tylko od razu zadzwonił na policję.Ekipa techników kryminalistyki przez parę godzin ciężko pracowała, żeby zabezpieczyć wszelkie ślady. Okazało się, że sprawców było dwóch. Wypchnęli okno z tyłu domu i dość długo przebywali we wnętrzu. Wszystko wyglądało na klasyczne włamanie do niezamieszkałego domu stojącego z dala od ludzi. Kazimierz niewiele mógł pomóc policjantom. Nawet nie potrafił oszacować wartości skradzionego mienia, więc szanse na zatrzymanie sprawców były niewielkie. Kilka dni później do jednego z lombardów przyszedł mężczyzna i powiedział, że chce zastawić trzy „Kossaki” pod zastaw. Chciał niedużo. Tylko tysiąc złotych. Właściciel kazał mu przynieść obrazy za godzinę. Kiedy klient wrócił z pudłem, policjanci już na niego czekali. Był to jeden z mężczyzn, do których Kazimierz dosiadł się w barze. Natomiast „Kossaki” okazały się podziurawionymi przez korniki, bezwartościowymi oleodrukami.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze