Pewien emerytowany policjant, który jeszcze do niedawna jeździł w patrolowce, twierdzi, że wolał mieć do czynienia z dziesięcioma bandziorami niż z jedną kobietą. Nie żeby był antyfeministą, ale w służbie dobrze poznał życie od tej drugiej strony. Żeby nie być gołosłownym, przytoczył historię sprzed roku.
– Któregoś dnia, późnym popołudniem, dyżurny wysłał nas na interwencję, bo sąsiedzi dzwonili, że w jednym z mieszkań jest awantura. W mieszkaniu zastaliśmy zapłakaną kobietę w średnim wieku, która przyciskała do czoła kompres. Więcej nikogo nie było. Gospodyni powiedziała, że zwróciła uwagę synowej, która znowu chciała wyjść, bo przecież powinna trochę posiedzieć w domu, a nie się szlajać. Kiedy zagroziła telefonem do syna, który pracuje za granicą, synowa złapała ją za włosy i rzuciła na szafkę w przedpokoju. Pouczyliśmy kobietę, że może złożyć skargę o fizyczne i moralne znęcanie się i pojechaliśmy. Dwadzieścia minut później dyżurny wysłał nas do osiedlowego baru, gdzie doszło do awantury i kradzieży telefonu. Na miejscu się okazało, że młoda kobieta podeszła do jednego ze stolików i odciągnęła na bok jedną z klientek. Przy wyjściu doszło między nimi do awantury, podczas której młoda kobieta szarpała klientkę za kurtkę, uderzała otwartą ręką po głowie, a na końcu wyrwała jej z ręki telefon i uciekła. Świadkami byli pozostali klienci i barmanka, ale nie za bardzo chcieli współpracować i dopiero pod dłuższej chwili udało się nam wydusić od pokrzywdzonej personalia sprawczyni pobicia i kradzieży. Była nią owa synowa od sponiewieranej teściowej, u której byliśmy wcześniej. Kolega podsumował, że niezły numer musi być z tej Iwony, bo tak miała na imię.
Załatwiliśmy formalności i wychodząc z baru, na schodach znaleźliśmy telefon. Wyglądał, jakby spadł na beton z dziesiątego piętra. Mieliśmy już dosyć atrakcji jak na jeden wieczór, ale dyżurny kazał zobaczyć, co się dzieje na jednej z ulic, gdzie podobno doszło do zakłócenia ciszy nocnej. Na miejscu zastaliśmy dwóch mężczyzn i młodą kobietę, która coś głośno wykrzykiwała. Na widok radiowozu mężczyźni znikli w jakiejś bramie. Odkręciłem szybę i kazałem kobiecie się uciszyć, na co ona puściła mi wiązankę. Nie mogliśmy nie zareagować na znieważanie i zabraliśmy ją na komendę. Po drodze wrzeszczała, że chce sikać i dalej bluzgała na nas jak stary chłop. To znowu była Iwonka. Miała ponad dwa promile – kończy były policjant.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze