Sobota, 19 marca, 24. dzień wojny na Ukrainie. Według oficjalnych komunikatów z Ukrainy do Polski przybyło ponad dwa miliony uchodźców, w zdecydowanej większości to kobiety z dziećmi.
– Przyjechałam z miasta Dniepr, to na wschodzie Ukrainy – opowiada kobieta.
– Wzięłam dwóch synów. Maksim ma trzy lata, a Danyło dziewięć. Najpierw jechaliśmy do Lwowa, potem na granicę i wreszcie do Przemyśla. Cała podróż trwała ponad dobę, ale chłopcy byli dzielni. W domu został mój mąż i mama, a brat jest w ostrzeliwanym Mariupolu. Oni już nie mogli wyjechać i z całą rodziną siedzą w schronie. Ja z synami jadę do Poznania, bo tam mam znajomą, która obiecała mi mieszkanie, ale jak tam będzie na miejscu, to nie wiadomo. Już drugi raz jestem w Polsce. Kiedyś, kiedy jeszcze nie mieliśmy dzieci, byłam z mężem w Warszawie i bardzo mi się podobało.
Druga kobieta trafiła do Przemyśla z Kijowa. –
Najpierw było spokojnie – opowiada. – Dopiero jak się zaczęły naloty i bombardowania, postanowiłam uciekać, żeby uratować dzieci. Zofia ma cztery lata i bardzo przeżyła bombardowanie. Chłopak ma na imię Platon i ma dwa i pół miesiąca. Dobrze zniósł podróż, prawie cały czas spał. Z Kijowa najpierw jechaliśmy do Winnicy. Potem kilkoma autobusami do granicy w Szeginiach, a w końcu do Przemyśla. A co dalej? Planuję jakoś dojechać do Niemiec. Tam są nasi znajomi, to może pomogą i sobie poradzę – kończy optymistycznie.
Jej przeciwieństwem jest siedząca obok kobieta w wieku emerytalnym. Wyraźnie załamana psychicznie i zupełnie pogubiona w nowej sytuacji. Co chwilę sięga po chusteczkę, żeby otrzeć łzy.
– Kiedy Charków został zbombardowany, zostawiłam tam całą rodzinę i uciekłam. W podróży poznałam dwójkę sympatycznych ludzi i od początku trzymamy się razem. Nie pamiętam, ile jechałam, chyba dwa dni i dwie noce. Chcę pojechać do Austrii, bo słyszałam, że tam są ludzie, którzy chcą pomóc takim jak ja – kończy, płacząc.
Takich historii na dworcu można usłyszeć tysiące, o ludzkich tragediach i dramatach, na które nikt nie był przygotowany. A to dopiero początek, bo ponad dwa miliony uchodźców nie rozpłynie się w Europie.
Większość z nich będzie żyła obok nas, choćby dlatego, że jak się wojna skończy, to z Polski będą mieli bliżej do domów. Ta nowa sytuacja będzie wymagała od wszystkich przeprogramowania mentalności, kalkulacji oraz optymalnych rozwiązań systemowych.
Taki test z dojrzałości cywilizacyjnej w dwudziestym pierwszym wieku.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze