Na fotografii zrobionej w latach trzydziestych widać mężczyznę w wizytowym stroju i karła ubranego również odświętnie, ale z chłopska. Mężczyzna to Stanisław Patrzyk (1900 - 1970) z Borku Nowego. Legenda rodzinna mówi, że w wiosce żył karzeł, który marzył żeby mieć zdjęcie, co w tamtych czasach trochę kosztowało i Stanisław spełnił jego marzenie. Widać miał dobre serce i fantazję.
Miało się przecież jakąś dziewczynkę, do której się pisało. Nadchodzą święta Wielkanocne coś porywa w swoje strony, wybieramy się w Wielki Piątek wieczorem. Ucieczka we dwóch na nogach (bo pociągiem obawa, bo żandarmeria wojskowa). Szliśmy na Zasanie gdzie nas takich urlopowników nazbierało się na dobrą kompanię. Tośmy sobie wtedy lekceważyli żandarmerię, ale na szczęście nikt nam w drogę nie wlazł. Szliśmy całą noc. Pamiętam Krzywcza i Bachórz. W Bachorzu w jednym domu się świeciło nad ranem, wstąpiliśmy spocząć - kobieta wyjmowała z pieca bułki - jaki piękny i cudowny zapach miały... Lecz ona się nie domyśliła, a my byli za mało przeszkoleni, jako żołnierz głodowy, ażeby poprosić lub ukraść kawałek tej cudownie pachnącej bułki. (...) W Wielką Niedzielę już po mnie przyszli żandarmi, schowałem się zawczasu i już pod wielkim strachem w Wielki Poniedziałek odjechałem do Pikulic, ani nie odwiedziwszy mojej kochanej Andzi, za co mi robiła w liście wymówki . Dojechałem już pociągiem do Pikulic. Zaraz w nocy mnie zamkli, rano raport i dwadzieścia jeden dni „ancla” ścisłego. Siedzieliśmy we trzech w jednej celi. W nocy ja opowiadałem swoim kolegom „Bajki z Tysiąca i Jednej Nocy”, których dość pamiętałem.
Jechaliśmy na Chyrów, na Węgry, przez Budapeszt, aż wjechaliśmy na włoską ziemię i dojechaliśmy do Blessano. Tam był nasz cel, gdyż tam się formował 15 Regiment, który był rozbity, to tam wysyłali z różnych jednostek ażeby dziury załatać i z powrotem na front. W Blessano jak zwykle ćwiczenia połączone z głodem i czymś gorszym, bo bieliznę praliśmy sami ćwiczebnymi drewnianymi granatami na betonowych płytach, nie po to ażeby była biała bo o mydle albo proszku pewnie nikomu się nie śniło, ale żeby wytrzaskać lub nawet wystraszyć te żyjątka, które się w niej znajdowały. (...) Chleb dostawaliśmy wieczorem, ćwiartkę, co wypadało około 30 dkg na wieczór i na rano do kawy - nigdy nie miałem na rano! Zawsze pół ćwiartki zostawiałem na rano, ale leżąc nie mogłem zasnąć, tom raz ujadł - ale dalej nie zasnę i tak, że zostawiłem na raz do gęby na rano - dalej nie zasnę, gdym ostatni kęs zjadł - jużem spał jak suseł. Dostawaliśmy często chleb, nie ćwiartkami, ale dzielony był na kupki, bo się wszystko skruszyło na proch nim się doniosło do kompanii. W tym czasie armia austriacka żyła głodem, ale w marszu żołnierz, choć się chwiał musiał śpiewać. Jednego razu byliśmy w nocy wyprowadzeni w pola po krótkim postoju odmarsz na kwatery i naturalnie śpiew. Bractwo zaczęło na całe gardła: żeby to przy wojsku sprawiedliwość była - to by żadna panna z wiankiem nie chodziła raz, dwa, trzy... Albo - dobry Karol dobry, bo nam daje torby, a do torby gówno, maszerujcie równo...".
My we czterech wyszli na pole, narwali grochu, dostali z kuchni kocioł na jakieś 16 litrów i gotuj - aż się przez kocioł przesypywał jak zaczął pęcznieć. Jak my zauważyli, że groch już jest możliwy, tak trochę soli, octu z kuchni i zaczęliśmy my wsuwać. Jak my we czterech ten kocioł opróżnili, tak na drugi dzień lekarz mnie odesłał do szpitala. Włosi już bombardowali to my zaraz ze szpitala uciekli aż do Austrii. Dojechałem szczęśliwie do domu, naturalnie z Rzeszowa 16 kilometrów na nogach. Wchodzę do sieni, rzucam plecak pod żarna i wchodzę do izby. Witam się a Ojciec mi mówi: no tak zawsze od małego chciałeś być wojakiem, ale ci jakoś nie poszczęściło. Ja na to odpowiadam: bom był chory, gdybym nie chorował to bym się w te drzwi nie zmieścił, a Ojciec - chyba w poprzek, gdyby cię, kto niósł.
W roku 1920 w lutym, zostałem wcielony do 12 Pułku artylerii polowej do Lwowa. Znów głód i nędza - śledzie i herbatka, a chleb czasem dowieźli tylko dwa razy w tygodniu, zamiast codziennie. Z rana na zbiórce bractwo głodne i zimno, to często się widziało, że zamiast stać na baczność gość upadł zemdlony. Na samą Wielkanoc już jechałem w pole. (...) Bolszewicy stali w Tarnopolu, nasz sztab w Poczapinicach. Pojechał major Aksman przeglądać dwie baterie na stanowiskach, stanęliśmy w Żagrobeku na szosie a zaraz ktoś z Tarnopola, z za mostu wziął nas na cel - i piiich - raz, drugi, trzeci. Jakaś babina kryje się za domem i woła: panowie, wtikajły bo strylaju, a mój Major na to: jaka by wojna była gdyby nie strzelali, a chociaż nam koło głów kule świszczały to ani głową nie drgnął, bo był przekonany, że to już by było za późno. Skręcił wolno konia i wjechał między domy, ja miałem tylko rękaw przestrzelony.
Pamiętnik Patrzyka liczy kilkadziesiąt stron zapisanych ładnym charakterem pisma. Autor bardzo szczerze i momentami z dużą dozą humoru, a nawet rubasznie opisuje swoje przygody, nie tylko te frontowe, ale również wypady na "dziewczynki". Wspomina kolegów, kuzynów i swoje kolejne sympatie. W drugiej części (lata 1921-33) opisuje wyjazd do Kanady i tamtejsze warunki życia. Następnie powrót do rodzinnego Borka i kłopoty z konkurentami do tych samych panien. Do tekstu wybrałem zaledwie kilka fragmentów, które choć trochę oddają klimat pamiętnika i osobowość Patrzyka. Starałem się też zachować oryginalną pisownię. Bardzo dziękuję siostrze Gabrieli ze Zgromadzenia Felicjanek za udostępnienie rękopisu pamiętnika ojca oraz jego fotografii.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze