Tak mówiło się kiedyś, wznosząc toast pomiędzy betoniarką a murem podtrzymywanym przez majstra. Dzisiaj to już nie te czasy. Teraz budowlaniec musi wyglądać tak, jak ten z reklamy – uśmiechnięty, ogolony, w czyściutkim kombinezonie, co ma wzbudzać bezgraniczne zaufanie u klienta. Oczywiście w budowlance, tak jak w każdej innej profesji, zdarzają się wyjątki.
Przekonał się o tym pewien inwestor, któremu zamarzyło się wybudować nowoczesny jednorodzinny domek. Firma, która podjęła się postawienia murów i dachu, wywiązała się ze zlecenia bez zarzutu. Problemy zaczęły się przy pracach instalatorskich i wykończeniówce. Kolejna firma, której strony próżno szukać w internecie, od momentu rozpoczęcia robót sprawiała kłopoty. Zdarzało się, że inwestor wpadał niespodziewanie na budowę i nawet nie zwracał uwagi na stojące w kącie cztery butelki po piwie, ale kiedy zobaczył dwa transportery opróżnionych butelek, zaczął częściej przyjeżdżać i baczniej przyglądać się pracownikom. Kiedyś zauważył, że gniazda i kontakty są zamontowane nie tak, jak było w planie. Zrugał elektryków, zażądał przerobienia instalacji i zabronił picia. Tydzień później pojechał sprawdzić stan robót. Gniazdka i kontakty były tam, gdzie być powinny, ale przy próbie instalacji z gniazdka posypał się snop iskier. Powodem były przewody z odzysku, którymi elektrycy sztukowali instalację. Tego inwestor nie zdzierżył i wezwał właściciela firmy. Piętnaście minut później właściciel nowiutką skodą zajechał na posesję i się zaczęło. Elektrycy, czując, co się święci, wyłączyli zasilanie i przezornie schowali się za rogiem.
Tymczasem inwestor, szarpiąc za rękaw właściciela, zaciągnął go do jednego z pomieszczeń i ze świeżego jeszcze gipsu zaczął wyrywać kable, byle jak posztukowane i zaizolowane sparciałą taśmą. Właściciel próbował tłumaczyć, że inwestor zażądał przeróbki instalacji, co spowodowało koszty materiałowe. Na to inwestor, że oddaje sprawę do sądu, a na razie na poczet poniesionych strat „aresztuje” auto właściciela. Po czym wybiegł na podwórko i pilotem zamknął bramę. Właściciel najpierw próbował szarpać bramę, wreszcie sięgnął po komórkę i zadzwonił po policję. Dokładnie to samo zrobił inwestor. Należy tylko współczuć policjantom, którzy musieli wysłuchać argumentów obu stron.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze