KRYMINAŁEK
Zwykle bohaterami kryminałków są typy spod ciemnej gwiazdy, aż tu nagle się okazuje, że mundurowi, którzy ich ustalają i zatrzymują, też nie zawsze są święci. Dwa przykłady z naszego regionu z ostatnich dni. Pewna policjantka od kontaktu z mediami miała wielkiego pecha. Pewnego dnia stawiła się do służby, a tu na wejściu kontrola stanu trzeźwości, no i wyszło, że jest w stanie „po spożyciu” alkoholu, czyli w takim, kiedy jego stężenie w organizmie wynosi między 0,2 i 0,5 promila. Na razie straciła prawo jazdy i została zawieszona, ale zobaczymy, co będzie dalej. Kolejny przykład. Piątego stycznia pewien policjant brał udział w czynnościach dotyczących znalezienia ciała mężczyzny, którego zwłoki ponoć rozszarpały dzikie zwierzęta.
Drastyczne zdjęcie będące dowodem szybko pojawiło się w mediach społecznościowych. Sprawa trafiła do jarosławskiej prokuratury, która prowadzi śledztwo pod kątem przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego, czyli wymienionego wyżej policjanta. Niestety materiały z takich spraw są poza zasięgiem piszącego kryminałki, więc wracam do szwarccharakterów.
Dzisiaj padło na Mariana Z., o którym sąsiedzi mówią brzydko świr, a kolejni dzielnicowi na co drugiej stronie kapownika mają zapisane jego nazwisko. Pisałem o nim kilka lat temu, kiedy zrobił niezbyt udany skok na przedszkole. Po niewielkim wyroku, który – jak widać – niczego Mariana nie nauczył nasz bohater wrócił do dawnego stylu życia.
Pod koniec listopada ubiegłego roku znowu wyciął taki numer, że nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Będąc w kamienicy, w której mieszka jego znajomy, zauważył, że na drugim piętrze przy wejściu na strych stoi koza, czyli żeliwny piecyk nazywany też burżujką. Zupełnie nowy, bez śladów używania. Marian z miejsca pomyślał o swoim wyziębionym mieszkaniu i stwierdził, że przydałoby się coś takiego na zimę. Wrócił wieczorem, kiedy lokatorzy już spali, albo siedzieli przed telewizorami, ale okazało się, że piecyk jest ciężki i cholernie niewygodny do transportu w pojedynkę.
Nie wypadało budzić znajomego i próbował sam. Na półpiętrze Marian potknął się o wyszczerbiony stopień i upadł, a piecyk, z którego wypadły fajerki, przygniótł mu nogę tak paskudnie, że wezwani policjanci, którzy po niego przyjechali, najpierw zawieźli go na SOR, a dopiero później na komendę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze