Po raz kolejny wracam do Arturo Perez-Reverte’a. Hiszpan ten napisał wiele godnych i zajmujących powieści. „Fechmistrz”, „Szachownica flamandzka”, „Ostatnia bitwa templariusza” – to tylko niektóre z jego bestsellerów. Na podstawie jego książki „Klub Dumas” Roman Polański nakręcił pamiętne „Dziewiąte wrota” z Johnny’m Depp’em w roli głównej. Reverte jest też znakomitym felietonistą. Przez wiele lat pisał do znanego hiszpańskiego tygodnika „El Semanal”. To porządna szkoła felietonu.
Autor jawi się tam jako sarkastyczny, ale i dowcipny krytyk współczesnej nam rzeczywistości. Pisze o kobietach, miastach, przyjaźni i przemijaniu, ale i o przypadłościach teraźniejszości, drwiąc sobie z urzędów, administracji i tzw. postępu cywilizacyjnego. Dobrze się to czyta. Pomyślałem przez chwilę, co by się działo, gdyby Reverte żył w Przemyślu. Miałby o czym pisać. Zobaczyłby piękne, stare miasto i ludzi. Rynek, kamienice, zamek, mosty przecinające rzekę. Pewnie opisałby absurdalny wymiar działalności tutejszych urzędów, gdzie załatwienie najprostszej sprawy napotyka na piętrzące się bez końca trudności. Może byłby łaskawy dla szlachetnych wyjątków. Pisząc o mieszkańcach, musiałby się zmierzyć z trudnym tematem, jakim jest starość. Wystarczyłoby, by przeszedł się ulicami albo spojrzał na przystanki autobusowe, gdzie ujrzałby głównie seniorów. Podobnie stałoby się, gdyby Reverte zechciałby się zatopić w modlitwie i odwiedził przemyskie kościoły. Podziwiałby piękno naszych świątyni, ich architekturę i wnętrza, ale w ławkach nie zastałby zbyt wiele młodzieży. Miałby o czym pisać. Pewnie musiałby podjąć wyzwanie i opisać, dlaczego młodzi wybywają stąd, a wieczorami ulice są puste. Stwierdziłby w końcu, że to jednak piękne, stare miasto. Kamienice odmienione, ludzie jakby mniej. Martwią się o miejsce w szpitalu czy w kolejce do przychodni albo też liczą, czy wystarczy im do końca miesiąca z marnej emerytury czy renty. Oj, nie miałby Arturo łatwego zadania, ale biorąc pod uwagę jego talent, zapewne dałby radę. W Polsce ukazały się zbiory felietonów Reverte’a pt. Życie jak w Madrycie. W naszej frazeologii termin ten oznacza życie niefrasobliwe i pozbawione trosk. Ostatnio z jednej ze starych kamienic w centrum Przemyśla oderwał się solidny kawał gzymsu. Spadając, roztrzaskał daszek nad wejściem do budynku. Byłem świadkiem skutków tego bombardowania. Dobrze, że nikogo nie było w pobliżu. Na podwórzu obok sceneria, jakby wczoraj skończyła się wojna. Zapomniany świat. Nic nowego. Po prostu – życie jak w Przemyślu. Nie ma co narzekać. Każdy ma swoje życie. Chyba, że spadnie mu na głowę kawał gzymsu.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze