Rozmowa z Grzegorzem Pysiem, przemyślaninem, reżyserem, kamerzystą i montażystą w Hollywood.
Kończyłeś II LO w Przemyślu o profilu matematyczno-fizycznym. W którym roku?
– W 1999 zdałem maturę.
Kto Cię uczył matematyki i fizyki?
– Matematyki pan Leszek Sochański, fizyki pan Michał Uberman.
Jak to się stało, że zainteresowałeś się filmem?
– Od małego interesowałem się kinem. Całe godziny przesiadywałem w wypożyczalni kaset VHS przy ulicy Bema. Szukałem filmów z całego świata. Wybierałem mniej znane. Mieliśmy z bratem jeden z pierwszych, może nawet pierwszy na osiedlu Rogozińskiego odtwarzacz kaset VHS. Nasza mama wyjechała do Stanów Zjednoczonych w 1989 na rok i przysłała nam właśnie odtwarzacz, a kolega przywoził kasety z Niemiec, głównie o tematyce wschodnich sztuk walki. Moje pokolenie znakomicie pamięta premierę filmu „Wejście Smoka” w nieistniejącym Kinie Bałtyk. Tato zabrał mnie na projekcję. Od tego zaczęła się moja przygoda z filmem.
Doskonale to pamiętam. Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych. Istne szaleństwo. Też stałem w kilometrowej kolejce po bilet. Niestety mam ponure wspomnienie związane z tym filmem. Kolega z osiedla próbował wejść do Bałtyku od zaplecza po piorunochronie. Ćwiczył ten patent wielokrotnie. Niestety tym razem piorunochron się poluzował i kolega odpadł jak od półki skalnej. Miłość do kina przepłacił życiem. No ale idźmy dalej. Z Przemyśla wyjechałeś po maturze. Najpierw do Anglii. To na Wyspach nabierałeś szlifów jako montażysta i kamerzysta?
– Zaraz po maturze wyjechałem do Londynu na wakacje. Mój brat tam był na wymianie studenckiej. Pracowałem w trzech miejscach po dwadzieścia godzin dziennie. Puszczała mi się krew z nosa, ale przy ówczesnym przeliczniku funta na złotówkę w trzy miesiące zarobiłem więcej niż moi rodzice w rok. Odebrałem wtedy pierwszą lekcję życia. Po powrocie wróciłem na studia w Krakowie – na zarządzanie biznesem. Po roku wziąłem dziekankę. Wyjechałem do Wielkiej Brytanii na kolejne sześć miesięcy. Wróciłem. Dokończyłem studia i w 2003 wyjechałem na stałe. Sprzątałem w pubach, pracowałam w barze, zakładach bukmacherskich. Koleżanka z Norwegii, z którą pracowałem w pubie, była asystentką montażysty w domu postprodukcyjnym. Powiedziałem jej, że jeżeli kiedykolwiek potrzebowaliby kogokolwiek do pracy, jestem gotowy. I tak się złożyło, że potrzebowali tak zwanego ranera, czyli kogoś, kto dostarcza taśmy do Discovery Channel Travel.
Ubrałem się w garnitur i poszedłem na rozmowę z menagerem. Trochę się zdziwił. Mówi do mnie: – Jesteś tak elegancko ubrany, aplikując do zajęcia „przynieś, podaj, pozamiataj”. Dostałem tę pracę. Po pewnym czasie zacząłem robić kopie taśm. Byłem jedynym Polakiem w firmie. Dziwili się, że nie jestem hydraulikiem, nie pracuję na budowie czy zmywaku. Bardzo chciałem się rozwijać i uczyć nowych rzeczy. Chciałem zostać montażystą, a nie miałem możliwości. Pewnego tygodnia troszkę się rozchorowałem. Zadzwoniłem do biura, że przez tydzień mnie nie będzie. Aby nie tracić czasu, kupiłem sobie grubą książkę do nauki montażu – miała tysiąc stron – i płytę DVD. W tydzień opanowałem materiał. Kiedy wróciłem po tygodniu choroby do pracy, poprosiłem, żeby dali mi szansę. Tak zacząłem montować, najpierw drobne rzeczy, potem coraz poważniejsze. Najpierw jako asystent, potem samodzielnie. Założyłem też swoją firmę, w której formatowałem płyty DVD.
Jak trafiłeś do Kalifornii, a konkretnie do Los Angeles i branży filmowej...
Przeczytałeś tylko fragment tekstu. Chcesz przeczytać całość i inne artykuły premium? Nieograniczony dostęp do pełnych tekstów od 19 groszy dziennie! Masz już wykupiony dostęp? Zaloguj się
Pozostało 60% tekstu do przeczytania.
Wykup dostępTwoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze