Dla mnie spadkobierczyni tradycji kresowej – kresowość – to specyficzny kod kulturowy i trudna rodzinna historia. Choć grup kresowych można wyliczyć obecnie kilka, np. wileńska, podlaska, chełmska, przemyska, łączy je jedno, są to grupy o charakterze pogranicznym. Oznacza to, że ich ludność kształtowała się pod różnymi wpływami kulturowymi. Widać je w obszarze języka czy kuchni kresowej. Wraz ze zmianą granic II Rzeczypospolitej, kresowiacy zagościli też na ziemiach zachodnich Polski. „Przenieśli” do Bytomia, Wrocławia i innych miast śląskich swoje tradycje, swój kochany Lwów, Grodno czy Wilno.
Mieszkańcy Podkarpacia mają ten przywilej, że nie muszą nigdzie jechać. Lwów mają „pod ręką”, zaśpiew kresowy był od dawna, a utrwalili go wojenni przesiedleńcy z II wojny światowej, niejednokrotnie rodzice, dziadkowie. Dlatego większość gości odwiedzających Przemyśl, Jarosław, Radymno, Lubaczów bez trudu słyszy u tubylców melodyjny język i charakterystyczne „ta joj”.
Żeby zrozumieć bałak uliczny Lwowa czy Przemyśla, musimy się cofnąć w czasie do Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Narody zamieszkujące Galicję stworzyły konglomerat językowy, który przeniknął do języka polskiego lwowskiej, galicyjskiej stolicy, ale i okolicy. Mowa ta posiadała oryginalne słownictwo i śpiewne przeciąganie samogłosek. Język ten był pełen polonizmów, austriackich germanizmów, zapożyczeń rusińskich, czeskich i z języka jidysz. Świetnie ujął to po lwowsku kresowiak Stanisław Domagalski w książce pt. „Bałak lwowski”, pisząc: to „taka-o miszkulancja rozmaitych bałaków”. Bałakiem zazwyczaj posługiwał się plebs, biedota, a przede wszystkim batiar, czyli dziecko kresowej ulicy.
Zacznijmy od słynnego „ta joj”, czyli galicyjskiego wykrzyknika, podkreślającego wypowiedź, np. „Ta joj, ta Jóźku, ta dawaj pyska!”, „Ta joj, ta co ty bałakasz”, czy „Ta joj, wułajci pugutowi!”. Jednak chyba słynne „ta” najbardziej zostaje w uszach przyjezdnych z innych regionów Polski. Ta partykuła jest wszechobecna i często od niej rozpoczyna się u nas zdanie. „Ta czemu ni, ta przyjdź pan, ta daj pan spokój, ta szkoda słów, ta co tu robisz”. Równie często można usłyszeć „ta dzie” (czyli „ale skąd” lub „nigdy”). „Ta dzie to możliwe, ta dzie to prawda, ta dzie ja by móg”. „Pójdzisz tam? – Ta dzie!” czy „Masz ty forsy dla mni? – Ta dzie, ta skond ja ci wytrzepi?
W dzieciństwie najbardziej śmieszyły mnie powiedzonka starszych kresowiaków. Często słyszałam zwrot „panie dzieju, panie dziejku”, „całuji ronczki pani dobrodzijce”, a w stosunku do rozrabiających wnuków: „Ta bójci się Boga” lub krótkie, zdecydowane „aus” – koniec. Po czym rozrabiający bajbus (dziecko) czy ancymonek (dobre ziółko) chował się szybko za winkiel (kąt, róg). Pozostałością „po babci Austrii” jest też inny wtręt z niemieckiego w zwrocie „a niech cię dunder świśnie!”, gdzie donner (niem.) to grzmot. W sytuacjach nerwowych, stresujących, ludzie bałakający chodzili „wte i wewte”, czyli tam i z powrotem. Natomiast gdy nasz rozmówca był niepoważny, niedojrzały, można było go określić mianem „pitolko”, „pitolku”. Nawet obecnie gdy ktoś opowiada niedorzeczności, może u nas usłyszeć niezbyt elegancki zwrot: nie pitol. Oczywiście nie wyczerpiemy wszystkich przykładów bałakania, a bajtlować (paplać) można bez końca. Tymczasem udajmy się do kresowej kuchni, by nasycić nie uszy, tylko nasz bańdzioch (brzuch).
Kresowa kuchnia pełna była baniaków, nie garnków. Gotowało się w rynkach (rondelek) i piekło w bratrurze, używało się durszlaka (a nie cedzaka) i drapaka (zmywak do naczyń). Przytoczę: „Chowaj sznycli du bratrury, żeby ciepły byli”, „umyj dobrzy rynky, bo si mliko zwórdzi”. Na ścianach, sprzętach kuchennych wisiały haftowane napisy. „W imię Boże”. „Gość w dom, Bóg w dom”, „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. W kuchni rządziła albo rymunda (zła kobieta), z którą ni daj Boży z taku gdzieś si kiedyś zdybać lub kubita, baba, żonka. Tam można było dostać na obiad i chamać (jeść) juszkę (zupę), bulby (ziemniaki) z chabliną (mięso) albo szponderek (boczek), czasami studzininkę (galareta z nóżek). Na deserek jak garkotłuk (gospodyni) była miła, to poczęstowała pampuchem lub bałabuchem (pączek, ciasto drożdżowe) i dobrą ćmagą (wódka), a nie berbeluchą (byle jaki alkohol). W kuchni kresowej panowała też żelazna zasada obowiązująca do dziś: – Ni ćmakaj przy jidzeniu. Gdy gość miał dość ciętych uwag, mógł wyjść z chałupy i pójść do mordowni na browar – ale tych słów szczególnie panom nie trzeba tłumaczyć.
Czasami można usłyszeć taki głos zniecierpliwionego klienta. Większość z nas jadła pierogi z serem i ziemniakami. Jednak co z ich nazwą? Trzeba to raz na zawsze wyjaśnić, bo mówimy o sztandarowym daniu polskiej kuchni kresowej. Nazwa ta nie ma nic wspólnego z Rosją i Rosjanami. Natomiast ma konotacje historyczno-geograficzne, bo pochodzi od ziemi zwanej Rusią Czerwoną. Obejmującą teren południowo-wschodniej Polski i północno-zachodniej Ukrainy, będący częścią Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Nasze podkarpackie miasta oraz Lwów, Tarnopol, Halicz były jej częścią. Przeciwwagą dla naszych ruskich są ukraińskie pierogi o nazwie wareniki czy rosyjskie pielmieni. Reasumując, pierogi ruskie są nasze polskie, a nie ruskie (rosyjskie). Danie jest polską specjalnością rozwiniętą na terenach Rusi Czerwonej, późniejszej Galicji Wschodniej. Dlatego inna ich nazwa to pierogi galicyjskie.
Pełne było gratów, bo szkoda było coś wyrzucać. Na ścianach, oprócz świętych i patriotycznych obrazów, wisiały kilimy, makaty, gobeliny, dywaniki. Przedstawiające scenki łowieckie lub rodzajowe, np. Anioł Stróż przeprowadzający dzieci przez kładkę. Na meblach w obfitości królowały „wyczyny domowego szydełka” w postaci serwet, kap, lauferków. Wszystko to w otoczeniu nadmiernej ilości lamp, taburetów, etażerek, sof, kanap, psych. Mniej zamożni kresowiacy sypiali na bambetlu, czyli ławie drewnianej służącej do spania i siedzenia, z pościelą w środku. Z reguły przy takim bambetlu stał nakastlik, czyli stolik nocny. Często siennik takiej ławy był wypchany słomą. Dla nas, ówczesnych, oznaczałoby to jedno – nieprzespaną noc. Czego zapewne większość z nas wolałaby uniknąć.
Czasami nasuwa mi się pytanie, co mają górale, czego my nie mamy na Podkarpaciu? Oni mają piękne Tatry, swoją gwarę, oscypki, kierpce, dorożki, góralskie chałupy i muzykę, a przede wszystkim tłumy turystów z dutkami, odwiedzających Zakopane. Natomiast my mamy piękne Bieszczady z Tarnicą, Roztocze, Pogórze Przemyskie, Pogórze Dynowskie, naszą śpiewną mowę kresową, pyszne pierogi ruskie, piękne kościoły i cerkwie. Z turystami już bywa gorzej i nie zarabiamy tylu grajcarów i centów co górale.
Jednak my, na deser, mamy coś jeszcze dla naszych gości. Coś, czego nie da się kupić i podrobić, czyli naszą kresową otwartość, serdeczność i gościnność. Traktujmy ten spadek pokoleń jak nasz cenny SKARB, a nie obciach – jak mówią młodzi. By go zachować, doradzam wszystkim czytającym i bałakającym:
Dużo hecujmy,
Unikajmy jojczenia,
Śpiewajmy często Hej sokoły…,
Szybko nie kapcaniejmy,
A wszystko na zicher będzie klawo.
dr Beata Świętojańska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze