Funkcjonariusze Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej uratowali sześcioosobową rodzinę nielegalnych imigrantów.
Jak bardzo zdesperowane musiało być małżeństwo Rosjan, żeby z czwórką dzieci wędrować prawie półtora tysiąca kilometrów (bo tyle dzieli Kursk od Bieszczad), a potem w ciężkim terenie przedzierać się przez zieloną granicę, by dotrzeć do „lepszego świata”?
4 lipca nad ranem funkcjonariusze Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej z placówki w Stuposianach zatrzymali rodzinę Rosjan, która przekroczyła nielegalnie granicę w okolicach nieistniejącej już dzisiaj wioski Beniowa w Bieszczadach. Tej nocy temperatura powietrza w Bieszczadach spadła do 8 stopni Celsjusza, wiał wiatr i padał deszcz.
Małżeństwo (kobieta w piątym miesiącu ciąży) z czwórką dzieci, z których najmłodsze ma rok, a najstarsze dziesięć lat, przedzierało się przez bardzo trudny teren w okolicach źródeł Sanu. Kiedy dzieci osłabły, rodzice próbowali rozpalić ognisko, ale z powodu opadów nie udało im się. Wtedy znaleźli ich funkcjonariusze. Natychmiast udzielili rodzinie pierwszej pomocy i wezwali na miejsce pogotowie ratunkowe.
Okazało się, że wszyscy byli przemoczeni, wyziębieni i głodni, a dzieci miały wysoką temperaturę i wykazywały oznaki choroby. Do czasu przyjazdu karetki dzieci okryto ciepłymi kocami, wszystkim podano napoje. Następnie cała rodzina trafiła do szpitala w Ustrzykach Dolnych. Kiedy lekarze uznali, że nikomu z rodziny nic nie zagraża, sąd zdecydował o umieszczeniu ich w Ośrodku dla Cudzoziemców w Białej Podlaskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Dziwny jest ten świat.