POCZTÓWKA Z WŁOCH
Wakacje w toku. Niektórzy już przeglądają zdjęcia z urlopowych wyjazdów, inni dopiero pakują walizki. Gdyby ktoś właśnie teraz pakował walizkę na wyjazd do słonecznej Italii, to zapraszam do lektury małego włoskiego ABC, czyli tego, co każdemu turyście ułatwi włoskie wakacje i może zaoszczędzi trochę stresów.
Pozwalam sobie na takie zaproszenie, ponieważ od kilku lat pracuję na uniwersytecie w Bari, stolicy Apulii, jednym z najbardziej wysuniętych na południe regionów Włoch, położonym malowniczo nad Morzem Adriatyckim. Przez ten czas moje mieszkanko (które doczekało się już roboczej hostelowej nazwy – „Czwarte bez windy”) odwiedziło już sporo moich znajomych i członków rodziny, a ja, w większym lub mniejszym stopniu byłam ich przewodniczką nie tylko po atrakcjach turystycznych, ale też po specyfice włoskiego dolce vita i zebrałam sporą wiedzę na temat tego, co naszych rodaków we Włoszech najbardziej zaskakuje, szokuje, dziwi i denerwuje. Kto lubi wyjazdy z niespodziankami i adrenaliną, może w tym momencie opuścić tę lekturę, a pozostałym uchylam drzwi do włoskiego świata.
Po pierwsze, kiedy wylądujecie na włoskiej ziemi, porzućcie natychmiast wszelkie dobre nawyki związane z uczestniczeniem w ruchu drogowym, a także związane z nimi poczucie bezpieczeństwa. We Włoszech stosujemy zawsze i wobec wszystkich zasadę ograniczonego zaufania. W pierwszej kolejności stosujemy tę zasadę do sygnalizacji świetlnej. Jest ona tutaj tylko pewną sugestią, natomiast realne decyzje – iść czy stać, ruszać czy nie, przechodzić czy nie i czy na pasach, czy nie, podejmują indywidualnie i na własną odpowiedzialność wszyscy uczestnicy ruchu – piesi, kierowcy, motocykliści, rowerzyści, użytkownicy hulajnóg, a także psy, na smyczach lub nie. Nadrzędną zasadą ruchu we Włoszech jest bowiem jego płynność. Bo jaki sens ma czekanie na przejściu tylko dlatego, że jest czerwone światło dla pieszych, skoro auta miast jechać, stoją w korku i jest to doskonała okazja, żeby wdzięcznym slalomem przejść między nimi. Co z tego, że czasem w trakcie tego slalomu korek rusza? Kierowcy samochodów łaskawie ruszają wolno, piesi przyspieszają slalomowego kroku i jedni jadą, a drudzy przechodzą. Jest płynność. Strzeżcie się również, drodzy Państwo, szczególnie tak zwanych zielonych strzałek dla kierowców, czyli sytuacji, kiedy kierowca powinien absolutnie przepuścić najpierw ewentualnych pieszych, a dopiero potem, upewniwszy się jeszcze, że nikt więcej nie ma zamiaru przechodzić, może podjąć rozważną decyzję o ruszeniu.
Żaden kierowca nie będzie wam dawał pierwszeństwa, tylko bezbłędnie rozpozna i wykorzysta wasze sekundowe wahanie i przejedzie wam tuż przed nosem. Na początkowym etapie waszego pobytu we Włoszech lepiej jest dać mu przejechać. Po pewnym czasie i treningu, jakiemu podda was nieuchronnie poruszanie się po włoskich miastach, nabierzecie wyczucia i wprawy i być może przed końcem wakacji będziecie mieli na swoim koncie wygrane próby sił z kierowcami na zielonej strzałce. Trzeba bowiem w takiej sytuacji iść na pewniaka przez przejście, z wypisaną na twarzy pewnością, determinacją i znajomością swoich praw. Wtedy kierowcy najczęściej zatrzymają się parę centymetrów przed wami i z szacunkiem pokonanego was przepuszczą. Muszę powiedzieć, że ja już weszłam w ten rytm i teraz kiedy przyjeżdżam do Polski, zdarza mi się czasem mamrotać po włosku o marnowaniu czasu na stanie na czerwonym świetle, kiedy nic nie jedzie. Ale u nas prawie wszyscy stoją. Nie wiem, czy Państwo zdają sobie sprawę, jak w pewnym aspektach jesteśmy zdyscyplinowanym narodem. Żarty żartami, ale zawsze mówię wszystkim znajomym, którzy przyjeżdżają z dziećmi zaznajomionymi już z regułami ruchu, żeby przy przechodzeniu przez ulicę trzymali je za ręce i wyjaśnili, jak to działa (lub nie działa ) we Włoszech, dając im tym samym pierwszą czasami lekcję relatywności świata…
Jeśli zatem udało się Państwu wyjść bez szwanku z lotniska, dworca, wynajętego lub własnego samochodu, na pewno oddychacie z ulgą i jak to bywa w momentach, kiedy stres odpuszcza, czujecie głód lub pragnienie lub jedno i drugie. I tu zaczyna się druga włoska lekcja – pierwsza rzecz, jaką musicie zrobić i w ogóle zawsze robić, planując jedzenie we Włoszech, to wiedzieć, która jest godzina. Ponieważ, drodzy moi, przybywacie z rajskiej krainy, w której można jeść w jednostkach gastronomicznych o każdej porze, od rana do wieczora i bez przerwy. Tak, tak, tą rajską krainą jest Polska i gwarantuję wam, że docenicie ten aspekt naszej ojczyzny po powrocie z włoskich wakacji, bowiem we Włoszech istnieje osławiona sjesta. Czyli czas średnio między 15.00 a 19.00, a czasem 20.00, kiedy nie znajdziecie prawie żadnego otwartego baru, restauracji, bistro, słowem niczego, gdzie można zjeść coś obiadopodobnego. Włosi bowiem jedzą w porach dość precyzyjnie określonych. Ich śniadanie wywołuje u Polaka najpierw śmiech, a zaraz potem płacz, kiedy zdaje on sobie sprawę, że często raczej nic innego nie dostanie. Jest to mianowicie kawa i coś słodkiego – rogalik, croissant, tost z dżemem lub mały herbatniczek. Większość hoteli na szczęście proponuje też śniadania kontynentalne, czyli solidniejsze i bardziej na słono, ale gdyby ktoś chciał zakosztować prawdziwego włoskiego poranka, to powinien się udać do najbliższego baru i często na stojąco przy ladzie spożyć swoją kawkę z czymś słodkim (potem możecie dojeść do syta w hotelu).
Następnym posiłkiem jest tak zwane „pranzo”, co bywa tłumaczone na polski jako obiad, natomiast nie jest to posiłek tak obfity i dwudaniowy jak nasz obiad. W restauracjach i barach można zamówić wtedy sałatki, makarony, pizzę, ale wielu Włochów kupuje na wynos kanapkę czy też, jeśli jesteśmy w Bari, słynną apulijską focaccię z pomidorkami i oliwkami i zjada ją na jakiejś ławeczce na zewnątrz. „Pranzo” możemy zjeść zwykle między 13.00 a 15.00 i potem naszemu żołądkowi przyjdzie czekać na kolejny ciepły posiłek do co najmniej 19.00, choć jeśli punktualnie o tej godzinie pojawicie się w restauracji czy pizzerii, będziecie prawdopodobnie asystować przy porządkowaniu sali, nakrywaniu stołów lub też zostaniecie wprost bezceremonialnie poproszeni, żeby przyjść za pół godziny. Włosi bowiem zaczynają jeść kolację najwcześniej o 20.00, co zrozumie bardzo dobrze każdy, kto znajdzie się na południu Włoch w lipcu lub sierpniu. Po prostu upały są wtedy tak intensywne, że naprawdę dopóki nie zajdzie słońce i nie ochłodzi się choć trochę, po prostu nie chce się jeść.
Kolacja jest najobfitszym posiłkiem dnia we Włoszech i składa się z dwóch dań, z których pierwsze to – uwaga – makaron ( tak też figuruje zawsze w menu „i primi”, czyli pierwsze dania), a drugie to dania z mięs, ryb, owoców morza. Oczywiście nie ma obowiązku zamawiania dwóch dań, można spokojnie objeść się po uszy samym makaronem lub rybami. Jest natomiast jedna rzecz, przed którą chciałabym was absolutnie przestrzec i która jest prawie obowiązkowa. To znaczy prawie obowiązkowo nie należy jej robić. Jeżeli nie chcecie stać się tematem żartów w kuchni waszej restauracji, nigdy, przenigdy nie zamawiajcie kawy cappuccino do słonego posiłku. Gorszą rzeczą jest dla Włocha chyba tylko pizza z ananasem (ale tej we Włoszech nie znajdziecie). Cappuccino jest dla Włochów prawie deserem samo w sobie, pije się je rano albo po południu, z czymś słodkim, ale nigdy do posiłku. To tak jakby u nas ktoś do pierogów zażyczył sobie do picia gorącą czekoladę. To, co Państwo teraz poczuli, wyobrażając sobie to zestawienie, czuje włoski kelner, kiedy słyszy „Poprosimy pizzę i cappuccino”.
A skoro jesteśmy przy napojach, to proszę się przygotować na to, że czas pobytu we Włoszech będzie czasem abstynencji od ukochanej w naszym kraju herbaty. Włosi piją zdecydowanie mniej herbaty niż wiele innych nacji, w tym Polacy, a jeśli już, to częściej zimą i częściej herbaty ziołowe czy owocowe niż czarne. Dla nich herbata jest trochę synonimem lekarstwa. Kiedy pytamy o herbatę, możemy usłyszeć zatroskane „Źle się czujesz, coś cię boli?”. A już latem, jeśli wymówicie w restauracji czy barze słowo „tea”, dostaniecie na 90 procent eistea, czyli herbatę mrożoną.
Jako rekompensatę Włochy oferują Wam coś, czego u nas nie ma – aperitivo. Nie jest bowiem tak, że w tej magicznej porze sjesty nic się we Włoszech nie je, tudzież pije. Otóż między godziną 17.00 a 19.00, kiedy Włosi wychodzą z pracy, mogą zatrzymać się w barach i kafejkach właśnie na aperitivo, czyli małego drinka przed kolacją. Najbardziej ukochanym i popularnym jest oczywiście spritz aperol, ale bywa to też prosecco, piwo, co kto lubi, a towarzyszą mu małe (lub nie takie małe – w zależności od regionu Włoch) przekąski. Najczęściej bywa to deska serów i wędlin, oliwki, focaccia, w Bari typowe dla regionu pyszne małe słone ciasteczka – taralli. Aperitivo ma za zadanie obudzić nasz apetyt na kolację.
No i rozgadałam się o jedzeniu, tak to zwykle bywa, kiedy mówi się o Włoszech.
Zanim jednak pożyczę Państwu smacznych i udanych wakacji, jeszcze jedna rada. Kiedy wchodzicie we Włoszech do jakichś sklepików, restauracji, barów, nawet jeśli ostatecznie nic tam nie kupicie, ani nie zjecie, powiedzcie zawsze „buongiorno”. Włosi bardzo cenią taką podstawową codzienną grzeczność i słyszę często, że przykro im, kiedy turyści wchodzą, pooglądają towary i wychodzą bez słowa. Rozmowa kwitnie na włoskich ulicach, szczególnie w południowych miejscowościach i miastach. Ludzie się zatrzymują na ulicy, rozmawiają ze sobą, wciągają w te rozmowy nawet nieznajomych, bardzo szybko przechodzą z formalnego „pan, pani” na „ty”, tak jak pan z mojego warzywniaka, który zawsze, kiedy go mijam rano, pędząc do pracy, woła za mną: „ Ciao, Signora!”, czyli „ Cześć, proszę Pani”. Zobaczycie, jak się uśmiechną do Was włoskie oczy na Wasze „buongiorno”.
* Ciao, Signori! Buona vacanza / Cześć Drodzy Państwo. Dobrych wakacji!
Agnieszka Tas
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze