HISTORIE DAWNE ŻP: W pierwszych latach istnienia niepodległej Polski wszystkie wyroki śmierci zasądzone przez sąd wykonywał wojskowy pluton egzekucyjny. Z początkiem 1926 r. Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosiło konkurs na stanowisko kata. Wtedy wybrano pierwszego cywilnego kata w II RP, by wykonywał wyroki śmierci przez powieszenie. Został nim 31-letni Stefan Maciejowski (właściwie Alfred Kalt lub Kaltbaum).

W czwartek, 15 kwietnia 1926 r. Ministerstwo Sprawiedliwości w Warszawie powiadomiło Sąd Okręgowy w Przemyślu, że pierwsza w Polsce egzekucja przez powieszenie ma się odbyć na Stanisławie Kokielu. Rannym pociągiem przyjechał kat do miasta i udał się do sądu w Rynku (obecnie starostwo), gdzie też mieściło się więzienie. Przed gmachem Temidy zebrały się tłumy mieszkańców, by egzekutora rozpoznać („Wiek Nowy” 1926, nr 7442).
Przed sądem stanął 49-letni Stanisław Kokiel – zarobnik z Bojowic (wieś w pobliżu Mościsk), żonaty, ojciec jednego dziecka – oskarżony przez prokuratora Antoniego Lewandowskiego o ohydny mord rabunkowy. Otóż rankiem 31 marca 1926 r. w rowie przy drodze z Bojowic do Moczerad (opodal Mościsk) znaleziono zwłoki Emila Pietrusiaka – handlarza nierogacizny z Nowosiółek (pow. przemyski).
Mordercę szybko złapano. Zeznał on na policji[paywall] i potwierdził w sądzie, że na skraju lasu wydobył ukrytą spod surduta siekierę i uderzył ofiarę w głowę. Kiedy Pietrusiak upadł, zadał mu jeszcze dodatkowo kilkanaście ciosów, w tym w klatkę piersiową. Potem zrabował mu z kieszeni 100 zł (dziś ok. 1 tys. zł), a narzędzie zbrodni ukrył w krzakach. Przemyski lekarz Henryk Świątnicki stwierdził, że pierwsze uderzenie było już śmiertelne. Policja udała się we wskazane miejsce i znalazła siekierę.
Na sali rozpraw 15 kwietnia stawili się liczni świadkowie, w tym wdowa Maria Pietrusiak. Zeznania jej zrobiły duże wrażenie. Załamana kobieta z płaczem opisywała, jak Kokiel przed godziną czwartą rano zbudził jej męża pod pozorem sprzedania mu świń, a następnie zabrał go ze sobą. Potem znalazła męża w polu już nieżywego. Przewodniczący trybunału, sędzia Paar, zwrócił wdowie zrabowane jej mężowi 100 zł. Ona, wyczerpana fizycznie i psychiczne, zemdlała na korytarzu.
Wprowadzono Kokiela na salę rozpraw o godzinie 9 rano. Wśród głębokiej ciszy przewodniczący sądu za mord i rabunek zasądził wobec niego karę śmierci przez powieszenie. Wyrok wykonany miał być dwie godziny po jego ogłoszeniu. Podsądny werdykt przyjął spokojnie. Następnie obrońca Adolf Frim zabrał głos, oznajmiając, by uwzględnić prośbę skazanego o zwrócenie się do prezydenta RP o darowanie mu życia („Wiek Nowy” 1926, nr 7443).
Tymczasem Kokiela odprowadzono do celi śmierci, gdzie pożegnał się z żoną i 12-letnią córką, a następnie przyjął księdza, by się wyspowiadać. Równocześnie czyniono końcowe przygotowania do mającej się obyć egzekucji. Policja i wojsko pilnowało porządku przed gmachem sądowym i w samym budynku. Wykonanie wyroku miało mieć miejsce na małym podwórzu więzienia. Tam wystawiono odpowiednio skonstruowaną szubienicę, a obok niej schodki i stolik.

Gdy czas mijał i nie nadchodziło ułaskawienie z Warszawy, na miejscu stracenia zjawił się Stefan Maciejowski w czarnej masce na twarzy, ubrany w czarne ubranie żakietowe, lakiery (obuwie) i białe skórzane rękawiczki. Wypróbował wytrzymałość szubienicy i schodków. Po czym na niej zawiesił odpowiednio związany w pętlę, wysmarowany smarem sznur, by pętla gładko zacieśniła się na szyi skazańca. Sznur ten dzień wcześniej zakupił kat osobiście w sklepie Jana Borysa w Rynku 2.
Dwadzieścia minut przed egzekucją do Sądu Okręgowego w Przemyślu nadeszła telefoniczna wiadomość, że prezydent II RP Stanisław Wojciechowski ułaskawił podsądnego, zamieniając mu karę na dożywocie. Prokurator Antoni Lewandowski, obrońca Adolf Frim i przewodniczący trybunału Paar udali się do celi śmierci i powiadomili o tym Stanisława Kokiela. Ten się rozpłakał i obiecywał być porządnym człowiekiem. Według lwowskiego „Wieku Nowego” z 1926 r. (nr 7443) darowanie życia nastąpiło tylko dlatego, że wcześniej nie był karany.
Prokurator, naczelnik więzienia, protokólant, lekarz i ksiądz, skazaniec Marian Panek zjawili się o świcie na dziedzińcu egzekucji w Rzeszowie. Kat Maciejewski założył zbrodniarzowi pętlę, po czym usunął schodki spod jego nóg. Niemal w tym momencie sznur się… zerwał. Zleżały stryczek sprawił, że pod ciężarem 90 kilogramów nie wytrzymał. Zapanowała konsternacja. Panek zaczął się głośno modlić. Kat się przestraszył. Egzekucję przerwano. Prezydent skazanego ułaskawił, a wyrok zamieniono na dożywocie.
Nieudane powieszenie skazańca było dla kata Maciejowskiego kompromitacją zawodową, ponieważ wcześniej miał obowiązek zważyć i zmierzyć więźnia, przygotować silny sznur i wykonać próbę z workiem o wadze skazanego. Od czasu wpadki używał już tylko mocnego sznura jedwabnego, który szybko wciskał się w szyję („Ostatnie Wiadomości” 1932, nr 260).
W 1932 roku Maciejowski obchodził już jubileusz setnego powieszenia skazańca. Rocznica co prawda niewesoła, ale dla niego była już to legitymacja fachowości. Rok później zwolniono go z pracy za pijaństwo i awanturniczy tryb życia. Popadał w tarapaty finansowe. 2 lutego 1936 r. chciał się powiesić. Uratowali go przypadkowi przechodnie.
Ostatnim katem był Aleksander Drej, funkcjonariusz UB, wykonujący wyroki do 1957 roku. Wtedy to został zwolniony ze służby. Urodzony w 1905 r., zmarł w latach 90. ubiegłego wieku.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
bcfdsgfds