– Nazywam się Antoni Chabko. Dzisiaj mieszkam w Świlczy, ale pochodzę z Roztoki – przedstawił się mężczyzna, który przyszedł do redakcji i upewniwszy się, że to ja kiedyś pisałem o jego wiosce powiedział – przywiozłem coś pokazać, po czym wyciągnął z torby granat.
Ale mam jeszcze coś, co dotyczy tamtych czasów. Moja mama Stefania Chabko – córka Zofii Woźniak – dzisiaj ma siedemdziesiąt osiem lat. Kiedyś przyznała się, że malowała kredkami obrazki związane z historią wioski. Zwłaszcza te momenty, które tak mocno wryły się w pamięć, że nie sposób o nich zapomnieć. Ponieważ nie była biegła w rysunkach, bo i wzrok już nie ten i ręka niewprawna, żeby było wiadomo, o co chodzi, to do rysunków dołączyła opis.
Na nieporadnym rysunku widać kilka aut i postacie dzieci. W dołączonym do rysunku opisie czytamy: „Kiedy w 1942 roku Niemcy samochodami i motocyklami przejeżdżali przez wioskę, to rzucali dzieciom cukierki i czekoladę, a ja z innymi dziećmi biegłam za nimi i zbierałam z drogi cukierki, bo wielka bieda była i dzieci na wsi rzadko widziały słodycze. Ja wtedy pierwszy raz w życiu miałam w ustach czekoladę. Pamiętam, że Niemcy mieli podwinięte rękawy i śmiali się, widząc jak bijemy się o cukierki”. Natomiast z drugiego rysunku wyziera dramat. Nad chatami kłębią się czerwone płomienie i unosi czarny dym. Pośrodku, koło płotu dwie postacie pochylają się nad trzecią, nienaturalnie powykręcaną. Opis wyjaśnia, że przedstawia on noc z 1 na 2 listopada 1945 roku, kiedy banderowcy spalili Kuźminę. „Widziałam jak dwóch bandziorów ciągnęło kogoś za nogę i za rękę, to było na drugi dzień po spaleniu. Mojemu stryjkowi bandziory zabrali walizki, które były spakowane, bo miał wyjeżdżać. Kiedy odchodzili, to zostawili jednego i kazali mu zastrzelić stryjka, ale on tego nie zrobił, tylko strzelił w żywopłot. Wtedy zaginął brat mojej matki Marian. Mój ojciec z matką go szukali i znaleźli w dopalającym się domu Śliwki. Był tak spalony, że dopiero, jak odwrócili, to poznali po resztkach kurtki w kraty. Ja tam byłam z mamą i wszystko widziałam. To były straszne widoki i straszne czasy”.

fot.Jacek Szwic
Tak Stefania Chabko zapamiętała tamtą tragiczną noc.
Ucieszył się i powiedział, żebym to zrobił, jeżeli tylko potrafię. Poprosiłem o pomoc wujka Zygmunta Tomkiewicza i znajomego Mieczysława Błaszczaka, którzy mieszkają w Roztoce na górce. Zdjęliśmy dzwon i okazało się, że belka zawieszenia jest pęknięta, to pospawaliśmy ją, a dzwon wyczyścili do połysku, naoliwili panewki i zawiesili dzwon pomiędzy lipami, nad nim zrobiliśmy nowy daszek z gontów. Kupiłem nowy sznur i na pasterkę znowu zadzwonił i teraz dzwoni na chwałę Matki Bożej Roztockiej. Na dzwonie jest numer, więc może uda mi się ustalić, w której z przemyskich wytwórni został odlany – kończy Chabko.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze