Oprócz popularnego Dzikiego Zachodu (określenie zachodnich terenów Stanów Zjednoczonych, odnoszące się do okresu XIX i początku XX wieku) istniał także mało znany Dziki Wschód. W szerszym sensie oba określenia oznaczają sytuacje nieprzestrzegania prawa, rządy przemocy sprawowane przez osoby lub grupy przestępcze. Gazety codziennie donosiły o nowych morderstwach na tle rabunkowym. Były one tak powszechne, że rzadko trafiały na którąkolwiek z pierwszych stron.
Polska w okresie przedwojennym była zaściankiem Europy, gdzie miliony ludzi żyło w nędzy, a pojedyncze miasta, miasteczka dzieliły dziesiątki i setki kilometrów błota, zacofania i bandytyzmu. Bywały liczne wsie, rozrzucone często po lasach i bagnach, gdzie rządzili przestępcy. Wtedy często dochodziło do napadów na pociągi, samochody, wozy, a także na zwykłych obywateli. Przestępstwo panoszyło się na porządku dziennym także w samych miastach. To był naprawdę Dziki Wschód – tygiel narodowościowy Kresów Wschodnich (7 województw), gdzie żyli Polacy, Ukraińcy, Białorusini. Litwini, Żydzi i inni.
Kolej żelazna stanowiła ważny środek transportu, ponieważ utwardzonych dróg było mało, a samochodów zaś niewiele. W omawianym czasie w ustronnych miejscach czyhały uzbrojone bandy na przejeżdżające pociągi towarowe. Wówczas złodzieje wskakiwali do wagonu, zrywali plomby i rabowali, wyrzucając co się dało na zewnątrz, by następnie zniknąć w ciemnościach nocy. Bywało też, że zatrzymywano cały skład fałszywymi sygnałami. Wtedy terroryzowano obsługę pod groźbą użycia broni, włamywano się do wagonów i grabiono. Czasami dochodziło też do[paywall] strzelaniny między napastnikami a konwojentami. To wszystko działo się jak w westernie. Według „Wieku Nowego” z 1924 r. (nr 6786) od stycznia do grudnia 1923 roku dokonano między Przemyślem a Mościskami około 70 napadów rabunkowych na pociągi towarowe, tj. co 5 dni.
Władze mało skutecznie walczyły z tym procederem. Z licznych przypadków kradzieży trudno wyszczególnić każdy rabunek. Kradziono wszystko to, co tylko wpadło złodziejom w ręce, tj. setki kilogramów kawy, herbatę, cykorię, bele materiałów, mydło, parafinę, mąkę w workach, zboże, skrzynie wódki, papierosy, farby, fasolę, czekolady, towary kolonialne, śledzie, papier, pługi, brony, żywe świnie, płaszcze, spodnie, kurtki, futra, bieliznę dachówki, zegarki itp. („Wiek Nowy” 1924, nr 6828).
Do akcji pościgowej za bandytami wkraczała lwowska i przemyska policja, przeprowadzając liczne rewizje u podejrzanych, tj. wcześniej notowanych przestępców. W 1924 r. zatrzymano
6-osobową szajkę, w tym jednego strażnika kolejowego. Ten ostatni nadawał kompanom robotę, bo wiedział, co dany pociąg będzie wiózł i kiedy. Dochodzenie ustaliło, że matka jednego ze złodziei, Józefa Stafiej, zamieszkała w Nowosiółkach pod Przemyślem, sprzedawała na wsi skradziony materiał flanelowy. Złodziei złapano.
W nocy z 18 na 19 stycznia – jak doniósł „Wiek Nowy” w 1928 r. (nr 7975) – jechał pociąg ze Lwowa do Przemyśla. Tuż przed Medyką nieznani sprawcy usiłowali wskoczyć na platformę jednego z wagonów. Wówczas konwojenci zaczęli do nich strzelać, lecz żaden nie został nawet ranny. Następnej nocy ta sama banda usiłowała znowu okraść pociąg. Gdy strażnik spostrzegł pięciu osobników dobijających się do wagonu, natychmiast gwizdkiem dał sygnał maszyniście, by się zatrzymał.
W kierunku napastników padły strzały. Jeden z nich, recydywista Gustaw Podkulski z Przemyśla, został ugodzony kulą w brzuch, pozostali zaś uciekli. Ranny zmarł w szpitalu.
Nocą 24 marca 1928 r. – według powyższej gazety – znowu udaremniano napad na pociąg towarowy na tej samej trasie. Konwojent Bartłomiej Talisz blisko Medyki zauważył trzech osobników uzbrojonych w rewolwery, którzy usiłowali wskoczyć do pędzącego pociągu. Użył wtedy gwizdka, by maszynista się zatrzymał. Ten sygnału nie usłyszał. W tej sytuacji eskortujący zaczął strzelać do rabusiów, czym zmusił ich do ucieczki. Następna próba grabieży miała miejsce jeszcze w tym samym miesiącu. Do wnętrza wagonu wdarło się dwóch bandytów. Pociąg się zatrzymał. Posterunkowy oddał do nich trzy strzały rewolwerowe. Jeden z nich w ciemnościach nocy zdołał zbiec, drugi potknął się na szynach kolejowych i upadł, wtedy został ujęty. Był to Mikołaj Pasławski – mieszkaniec Medyki („Wiek Nowy” 1928, nr 8027).

Napad na pociąg.
Gazety codziennie donosiły o rabunkach. Były one tak powszechne, że trafiały nawet na pierwsze strony gazet. W 1932 r. pod Drohobyczem bandyci napadli na drodze na dwóch kupców. Jednego obrabowali, a drugiego zastrzelili, kiedy tylko zaczął wzywać pomocy. Z kolei pod Mościskami zamaskowany człowiek napadł na kierownika pobliskiej piekarni, który motocyklem wracał z banku po podjęciu z niego 8 tys. zł (dziś 80 tys.). Nagle na środku drogi natknął się on na drut przeciągnięty przez szosę. Motocyklista spadł i zranił się dotkliwie. Wykorzystał ten moment ukryty bandyta strzelił, raniąc go ciężko. Bandyta zrabował mu pieniądze i uciekł do lasu („Wiek Nowy” 1932, nr 9627).
W 1929 r. w lasach w okolicy Birczy grasowała od dłuższego czasu szajka bandziorów, na czele z Janem Strycharskim – groźnym zbójem, rabusiem i mordercą. Swoich podwładnych trzymał w żelaznej dyscyplinie. Szajka napadała w biały dzień na kupców, których pod groźbą użycia broni obrabowywała ze wszystkiego. Oprawcy okradali również miejscową ludność. Wyprawy policyjne w czerwcu, ponawiane od czasu do czasu, nie dawały żadnego wyniku. Mieszkańcy Birczy, obawiając się zemsty ze strony szajki, raczej jej sprzyjali („Gazeta Poranna” 1929, nr 8888).
Przed sądem doraźnym w Przemyślu toczyła się w grudniu 1926 r. sensacyjna rozprawa. Sądzono Ilka i Michała Węgrów oraz Romana Iwańskiego. Oskarżeni (w wieku 22 – 26 lat) pochodzili z Sądowej Wiszni (powiat mościcki). Oskarżono ich o popełnienie skrytobójczego morderstwa na Piotrze Słuckim.
Rzecz miała się następująco: Michał Węgier i Słucki zakochali się w Zosi Bałabuch. Jej serce poszło jednak za tym drugim. Odrzucony zapłonął nienawiścią wobec rywala, mimo że był jego dobrym znajomym. Węgier zazdrosny o swą lubą postanowił z bratem Ilkiem zabić konkurenta.
Tymczasem Słucki czynił przygotowania do żeniaczki i już tylko trzy dni dzieliły go od momentu ślubu. Jednak wydarzyła się straszna rzecz w nocy, tj. 16 czerwca 1926 r. Kiedy bowiem przed północą chodził po swojej izbie, paląc papierosa, padł przez okno strzał karabinowy, który go ugodził w samo serce. Zamiast wesela odbył się pogrzeb.
Za sprawców mordu uznano obydwu Węgrów. Ci jednak wszystkiemu zaprzeczali. Zdradził ich natomiast Roman Iwański, który zeznał, że krytycznego dnia był z obydwoma Węgrami pod oknem Słuckiego. Tam Ilko kazał mu stanąć ma straży, sam zaś oddal przez okno tragiczny w następstwach strzał. Przesłuchano w tej sprawie 30 świadków.
Wyrok
Sąd doraźny doszedł do wniosku, że tragicznej nocy zabójcą był Ilko Węgier, który z karabinu zastrzelił skrytobójczo Piotra Słuckiego. Za to skazany został na karę śmierci przez powieszenie. Roman Iwański otrzymał 4 lata ciężkiego więzienia, a Michała Węgra uniewinniono („Wiek Nowy” 1926, nr 7643).
W okresie międzywojennym bardzo często bandyci napadali na ludzi sytuowanych. Przeważnie kończyły się one rabunkiem pieniędzy, biżuterii itp. Wielu domowników posiadało broń palną, by ratować swój dobytek i życie, co pokazuje zamieszczona ilustracja.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze