Nędzarze, czyli najbiedniejsza część społeczeństwa, istnieli zawsze i stanowili powszechne zjawisko. W okresie galicyjskim było ich aż nadto. Żebranie nie było wtedy czymś wstydliwym – tak został wówczas tamten świat urządzony. Skupiali się oni w pobliżu kościołów, targowisk, jarmarków – na wsi i w mieście, tj. wszędzie tam, gdzie była możliwość wyproszenia datków. Żebractwo w tamtych czasach stanowiło prawdziwe utrapienie. Przez wieś i miasto nieustannie wędrowały „dziady” i „dziadówki” – tak ich powszechnie nazywano.

Żebracy, włóczędzy, bezdomni z Galicji
Całe falangi biedaków włóczyły się po przemyskich ulicach i placach. Codziennie spotykało się mnóstwo różnych typów tamujących drogę przechodniom i natrętnie domagających się jałmużny. Biedacy, na wpół nadzy, często kalecy – bez nóg, bez ręki – czołgali się po ulicach z piskiem i jękiem, prosząc o jałmużnę. Nawet mali chłopcy, zdrowi i zdolni do pracy, prosili się o datki („Gazeta Przemyska” 1897, nr 3). Mimo istnienia ustawy o zakazie włóczęgostwa i żebrania biedacy codziennie upraszali o pomoc.
Nędznicy uprawnieni byli tylko w piątek do legalnego korzystania z dobroczynności publicznej. W tym dniu pokazywano wymownie świadectwo chrześcijańskiej miłości bliźniego tym, którzy rzucali im po groszu niechętnie i z przymusu – złorzecząc w duszy. Szereg żebraków chwiejnym krokiem ciągnęło od domu do domu, klepiąc bezmyślnie pacierze. Głośno sławili dobrodziejów, lecz w duszy[paywall] tliła się nienawiść. Dziadostwo wiedziało, że jałmużny nie daje serce litościwe, że w łasce nie ma współczucia, że są złem koniecznym, bo społeczeństwo nie miało innego sposobu pozbycia się tych pariasów raz na zawsze. Wielu ludziom żebranina przynosiła więcej zarobku niż codzienny dorywczy zarobek („Gazeta Przemyska” 1908, nr 58).
Stali w śródmieściu w Przemyślu wyciągniętym szeregiem przy chodniku, mężczyźni, kobiety, niedorostki, starzy i młodzi. Twarze wynędzniałe, pokryte patyną wytworzoną dłuższym przebywaniem na wolnym powietrzu, w słońcu, deszczu, wichurze, w dni skwarne, śnieżyce i mrozy. Odzienie różnorodne. Trochę tandety, trochę ze śmietnika, trochę przypominające lepszą przeszłość, spłowiałe, wytarte do nici, świecące łatami. Większość z nich trzymała kij w ręku, w rysach twarzy przebijało się zmęczenie, zobojętnienie, usta coś szeptały, a oko kryło się pod powieką. Pokorni i nikli wiedzieli, że z łaski wolno im było tylko oficjalnie w jednym dniu razem przebywać i paradować w łachmanach o mdłym odorze potu, brudu, stęchlizny.
Rada Wyznaniowa Gminy Izraelickiej w Przemyślu, by uczcić czterdziestą rocznicę panowania cesarza Franciszka Józefa I, postanowiła wybudować niewielki przytułek przy ul. Dobromilskiej 52 (Słowackiego) dla 30 ubogich Żydów, „którzy z powodu sędziwego wieku i zgrzybiałości nigdzie przytułku nie mieli”. Oddano go do użytku 2 grudnia 1888 roku. Pensjonariusze mieszkali i wykonywali tam najprostsze prace, by zarobić na chleb („Gazeta Przemyska” 1891, nr 21).
„Z biegiem lat ośrodek ten nazywano grobowcem żywych, bo zostało w nim 12 nędzarzy – 6 mężczyzn i 6 kobiet. Ich oczy – jak wówczas mówiono w mieście – płakały, choć łez nie roniły. Duszno i brudno było w izbach. Na barłogach rozrzucona pościel, podłoga skrzyła się szarą mozaiką błota, ściany odarte, spod tynku wystawały bezwstydnie nagie cegły. W czasie silniejszych mrozów było przytulisko Syberyą. Starcy i staruszkowie leżeli ustawicznie w łóżku, takie zimno panowało w izbach” („Nowy Głos Przemyski” 1906, nr 9).
Nie wszyscy biedni, by przeżyć, godzili się żebrać. Otóż w maju 1894 roku przybyła z Królestwa Polskiego do Przemyśla nauczycielka w zamiarze znalezienia pracy. Bez skutku. Zaoszczędzone wcześniej skromne pieniądze szybko wydała na życie. Potem popadła w skrajną nędzę. Nie chciała żebrać – wybrała śmierć głodową. Wycieńczoną i umierającą odstawiono do Szpitala Powszechnego przy ul. Władycze. Szybko umarła („Gazeta Przemyska” 1894, nr 53).
13 września 1897 roku otruła się 39-lenia Helena Jasienicka, wdowa po greckokatolickim proboszczu, matka trojga dzieci, zamieszkała na Podzamczu. Przed samobójstwem zostawiła list, w którym przedstawiała swoją nędzę w jak najczarniejszych kolorach. Otóż pobierała niską pensję, za którą nie mogła wyżywić swojej rodziny. By kupić dzieciom ubranka do szkoły, pożyczyła u Żyda 35 złr, nie mając oczywiście widoków na ich oddanie. Chcąc poprawić swoim dzieciom dolę, popełniła samobójstwo, licząc, że jakieś towarzystwo dobroczynne zaopiekuje się sierotami („Echo Przemyskie” 1897, nr 74).
Bezrobotny Paweł Hnat nie chciał umierać śmiercią głodową, choć długo się męczył i patrzył na ten świat pełen niesprawiedliwości. Z powodu niedożywienia cierpiał w gorączce i osłabieniu na bóle żołądkowe. Kiedy zgłosił się do Szpitala Powszechnego przy ul. Władycze, lekarze orzekli, że może się leczyć w domu. Poszedł więc do swojej chaty i cierpiał dalej, wił się z bólu kilka dni, aż posłał żonę po lekarza miejskiego. Nim wróciła sama, męża już na łożu nie było. Okazało się, że w międzyczasie wskoczył do Sanu w zamiarze samobójstwa. Cudem został uratowany. Los Hnata zmienił się o tyle, że spalono mu jedyne ubranie, podejrzewając go o chorobę tyfusu brzusznego. W zamian okryto go starymi łachami i odwieziono do szpitala („Nowy Głos Przemyski” 1903, nr 7).

Galicyjscy nędzarze
Na bruku przemyskim wyróżniał się wówczas m.in. Władek Dubiński – po trosze uliczny rzezimieszek i jednocześnie kapuś policyjny. W szczytowym okresie swego powodzenia był ulicznym bileterem, a przy okazji reklamował wyświetlane filmy w kinie Olimpia. Jednak dość szybko stracił pracę i zajął się domowym sposobem wyrabiania sztucznych kwiatów, stołeczków, etażerek i ramek. Z upływem czasu z handlem szło mu coraz gorzej. W końcu zaczął żebrać. Dobrzy ludzie pomagali mu, lecz roboty nie mógł znaleźć. W końcu zmarniał tak, że nie widząc żadnego ratunku, postanowił wraz z żoną Chaną Rosiner-Kirschenblüth zakończyć życie. Oboje rzucili się w nurt rzeki w Prałkowcach. Zwłoki wyłowiono obok mostu drewnianego w Przemyślu i zawieziono je do kostnicy („Nowy Głos Przemyski” 1913, nr 47).
17 lutego 1914 roku w budce strażnika kolejowego Piotra Łuszczyszyna przy ul. Buszkowickiej odebrał sobie życie jego 26-letni syn Józef , wypijając kwas siarczany, ponieważ od roku pozostawał bez pracy i nie mógł jej znaleźć. Nie mając z czego żyć, z konieczności trzymał się rodziny – co jednak stało się źródłem wielu wymówek pod jego adresem. W końcu widząc, że nie ma nadziei na znalezienie płatnego zajęcia, wybrał śmierć, by w ten sposób nie być dla nikogo ciężarem. Na pozostawionej kartce napisał, że truje się z powodu biedy („Przegląd Przemyski” 1914, nr 28).
18 maja 1914 roku samobójstwo z nędzy popełnił Michał Bykowski – 54-letni zarobnik z Przekopanej. Człowiek ten znany był policji jako notoryczny złodziej i pijak, wielokrotnie karany. Nie lepszą opinię miała jego rodzina. Kiedy jego żonę postawiono przed sądem pod zarzutem kradzieży, tak mocno sobie to wziął do serca, że wysprzedawszy wszystkie rzeczy z domu, pił po różnych knajpach. Następnie z ostatnim groszem udał się do burdelu. Potem wyszedł z niego i już nigdy do domu nie wrócił. W niedługim czasie spostrzeżono go wiszącego na gruszy w ogrodzie domu przy ul. Mickiewicza 79. Odcięto go, ale wszelki ratunek okazał się spóźniony. Zwłoki przywieziono do kostnicy cmentarnej. Policja na miejscu samobójstwa nie znalazła sznurka wisielca, ponieważ zabrali go mieszkańcy domu, aby – w co wierzono – przynosił im szczęście („Przegląd Przemyski” 1914, nr 238).
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze