Na chwilę powrócę do wyborów prezydenckich w Ameryce. Chyba większość z nas – mniej lub bardziej, – ale jednak – interesowała się bardzo ostrym starciem między Hillary Clinton a Donaldem Trumpem. Z dużym zdziwieniem przyjmowaliśmy brutalną, wręcz chamską wymianę ciosów, które z jednej strony zadawała doświadczona, wydawać by się mogło subtelna demokratka, a z drugiej i szanowany, jeden z najbogatszych ludzi w Ameryce republikanin.
Jak to możliwe, aby kulturalne osoby na potrzeby kampanii zmieniały się w kogoś zgoła innego? Chciałoby się zapytać, skąd my to znamy? Trump obiecał Clinton po ewentualnym zwycięstwie, że wsadzi ją do więzienia. Była to jedna z łagodniejszych obietnic. I nagle po zwycięstwie miliardera czytam jego wywiad udzielony dziennikarzom The New York Timsa i szczęka mi opadła. Na pytanie dotyczące niedawnej konkurentki Trump odpowiada: „Zrozumcie, ja chcę iść naprzód, nie chcę iść wstecz. Ja nie chcę skrzywdzić Clintonów. Naprawdę nie chcę. Ona wiele przeszła. Mówi się, że to były najpaskudniejsze wybory wstępne i najpaskudniejsza kampania. Wyobrażam sobie, że to podbiło wam nakład. Kraj musi iść do przodu (...)”.
W jednej krótkiej wypowiedzi mamy istotę amerykańskiej demokracji. Gdy kończy się kampanijny „cyrk”, na plan pierwszy powracają sprawy zasadnicze, a więc pęknięcie społeczeństwa amerykańskiego, kondycja instytucji demokratycznych i stan rodzimej gospodarki. I chociaż mówi to człowiek, wywołujący w kampanii skrajne emocje, jakoś mu wierzę. Chyba jednak nadal mamy czego się uczyć od Ameryki.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze