Koszykarze II-ligowego AZS PANS Jarosław rozegrali zaległy mecz (16. kolejki) z AZS AWF Miners w Katowicach.
Koszykówka, zresztą jak i wiele innych zespołowych dyscyplin sportu, bywa czasami zdradliwa. Czasami nieoddająca parkietowej rzeczywistości. Bo gdyby tylko i wyłącznie oceniać pojedynek rezerw I-ligowego Miners Katowice z AZS PANS Jarosław można odnieść wrażenie, że wygrana ekipy grającego trenera Tomasza Fortuny była lekka, łatwa i przyjemna. Bo jakże inaczej szacować triumf różnicą 23 punktów?
A jednak… Przez prawie 30 minut jarosławianie cierpieli na parkiecie. Cierpieli tylko i wyłącznie na własne życzenie. Raczej wykluczone jest podejrzewanie ich o lekceważenie młodych Ślązaków. Tyle, że długimi fragmentami wyglądało to tak, że… mecz sam się wygra. Niestety, nic samo się w tej lidze nie wygra. Z ich poczynań zbyt mocno wiało bałaganiarstwem, brakiem konceptu czy jakimś niezrozumiały niedbałością o finalizację akcji. Dobrze, że mają wiarę w indywidualne umiejętności, ale z tym w Katowicach za wiele przesadzali. Po 20 minutach wygrywali 43:49, ale potem nie byli długo w stanie złapać odpowiedniego rytmu. Sposób, w jaki tracili mozolnie wypracowywaną przewagę punktową, przerażał.
W 25. min wygrywali 46:59, by po ponad minucie niemal wszystko stracić (55:59). Właściwy rytm złapali wreszcie pod koniec III kwarty. Przed decydującymi 10 minutami wygrywali 61:69 i w IV ćwiartce – grając wreszcie swój basket – przewagę nie tylko obronili, ale znacznie ją zwiększyli. Wygrali jak najbardziej zasłużenie, zrobili swoje, ale muszą pamiętać, że w tej lidze nikt się nie położy na parkiecie przed meczem, prosząc o jak najniższy wymiar kary.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze