Mamy niezłe prawo chroniące zwierzęta, natomiast kuleją procedury mające chronić człowieka przed tą chronioną zwierzyną. Na własnym przykładzie przekonał się o tym pewien mieszkaniec Przemyśla.
Wiesław Cichocki mieszka przy ulicy Sobótki, w małym, piętrowym domu tuż nad potokiem Jawor. Obok domu, również w sąsiedztwie potoku, ma niewielki, młody sad. W tym roku z sadu ubyło osiem dobrze owocujących drzew, po których zostały zaostrzone kikuty pni. Wszystko za sprawą bobrów.Bóbr jest uważany za największego gryzonia Eurazji. Dorosły osobnik osiąga długość ciała do stu centymetrów i waży tyle, co średniej wielkości pies. Na lądzie porusza się niezgrabnie, za to świetnie czuje się w wodzie. Ma gęstą, brunatnoszarą lub ciemnobrunatną, nieprzepuszczającą wody sierść, pokryty łuską spłaszczony ogon w kształcie szerokiego klina, spełniający rolę steru. Przednie kończyny małe, tylne mocne z palcami spiętymi błoną pławną. Dzięki odpowiedniej budowie ciała może do piętnastu minut przebywać pod wodą. Jest gatunkiem częściowo chronionym.
– Pomyślałem sobie, że zgłoszę to komuś, bo skoro bobry podlegają ochronie prawnej, to ktoś musi odpowiadać za szkody, które wyrządzają. Naprawdę nie chodziło mi o żadne odszkodowanie, ale żal mi było tych pięknych drzew. Wiedziałem, że sąsiadowi po drugiej stronie potoku też kilka drzew zniszczyły. Poza tym istniała groźba, że znowu tamę wybudują – mówi W. Cichocki.
– Zacząłem od Straży Miejskiej. Stamtąd odesłano mnie do Wydzialu Ochrony Środowiska. Tam poradzono mi, żebym interweniował w spółce wodnej, która odpowiada za potok, ale potok koło mnie płynie na terenie należącym do miasta, a kilkanaście metrów dalej już na terenie wioski. W końcu trafiłem do krośnieńskiego wydziału spraw terenowych Dyrekcji Ochrony Środowiska w Rzeszowie, a potem do przemyskiego oddziału Polskiego Związku Łowieckiego. Tam usłyszałem, że na terenie Podkarpacia jest pozwolenie na odstrzał tysiąca dwustu bobrów, ale nie można go prowadzić na terenie miejskim. Radzono mi też, żebym kupił klatki, wyłapał bobry i wywiózł gdzieś w Bieszczady. Pod koniec listopada przyjechał przedstawiciel Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Krośnie . Spisał protokół szkód i usłyszałem, że mogę dostać odszkodowanie po czterdzieści złotych za jabłonkę, ale jeszcze raz powtarzam, nie o pieniądze mi chodzi, tylko o usunięcie stąd bobrów zanim szkody, które zrobią, będą jeszcze większe – kończy W. Cichocki.
W 2012 roku Skarb Państwa wypłacił ponad 12 milionów złotych za szkody spowodowane przez bobry, za 2016 rok szkód jeszcze nie oszacowano.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Rozpaczacie i użalacie się nad kilkoma jabłonkami pogryzionymi przez bobry, a nie chcecie mówić coś za bardzo o tych wszystkich drzewach eksterminownych bądź okaleczonych przez urzędowych chuliganów z magistratu. Jakie są w ogóle statystki, na dzień dzisiejszy, tego wynaturzonego, patologicznego procederu ?!?
Rozpaczacie i użalacie się nad kilkoma jabłonkami pogryzionymi przez bobry, a nie chcecie mówić coś za bardzo o tych wszystkich drzewach eksterminownych bądź okaleczonych przez urzędowych chuliganów z magistratu. Jakie są w ogóle statystki, na dzień dzisiejszy, tego wynaturzonego, patologicznego procederu ?!?