Arkadiusza Andrejkowa zastaliśmy przy pracy nad deskalem w Łopuszce Wielkiej, powstającym w ramach projektu „Więcej niż mural”. Korzystając z okazji, pytaliśmy o jego najnowsze dzieło, specyfikę malowania na starych deskach, ale i o popularność „Andrejkowów” i o wynikającym z tego ryzyku wypalenia artystycznego.
Obserwować artystę przy pracy to rzadka okazja, proszę opowiedzieć, co Pan dziś tworzy?
– Mural upamiętnia zbrodnię, która miała tu miejsce w czasie II wojny światowej, bo właśnie w okolicach stodoły, przy której maluję, zostało rozstrzelanych 18 osób, głównie mieszkańców tej miejscowości . Symbolicznie portretuję tu trzech żołnierzy niemieckich, którzy dokonali tej masakry. Realizacja, jak to zwykle w moim przypadku bywa, powstaje w miejscu, gdzie żyli i umierali ci ludzie[paywall].
Czy fakt, że tworzy Pan na tak szczególnych obiektach, jak stare stodoły, drewniane budynki przeszkadza czy pomaga? Jak to, że obraz powstaje na starych deskach, wpływa na jego ostateczny kształt?
– Zdecydowanie łatwiej maluje mi się na deskach, na stodołach. Na pierwszy rzut oka to podłoże może się wydawać trudniejszym technicznie, krzywym, nierównym, niepewnym, ale gdy zaczynam malować deskal, mural na stodole, to tak jakbym rozpoczynał swoje działania na już rozpoczętym obrazie. Według mnie te 30 procent pracy wykonał czas, warunki atmosferyczne. Malując na przygotowanej ścianie, zaczyna się od białej kartki, trzeba inaczej pomyśleć o kompozycji, o połączeniu postaci z tłem, o zrobieniu czegoś w tle… W tym przypadku przy malowaniu na stodole tło stanowią stare deski, one w postaciach transparentnie malowanych też gdzieś się przenikają, także dla mnie sprawniej maluje się na deskach.
Czy kiedy zaczynał Pan malowanie cichego memoriału, spodziewał się Pan tak szerokiego odzewu? Dziś pańskie dzieła rozsiane są po całym Podkarpaciu i niewielu chyba nie wie, że to Andrejkow. Rzeczywistość przerosła oczekiwania?
– Przerosła. Jestem bardzo mile zaskoczony zasięgiem i liczbą tych prac. Myślałem, że to będzie projekt półroczny, roczny, że powstanie ich kilkanaście, tak jak to najczęściej do tej pory ze mną bywało powiedzmy na płótnach. Wymyślałem jakąś koncepcję i ją tam wałkowałem bardzo intensywnie przez krótki czas. Potem mnie to męczyło i musiałem robić coś zupełnie nowego, myślałem, że będzie podobnie, a tutaj fajnie się to rozrosło. Myślę, że mobilizują mnie też reakcje ludzi, że ten projekt stał się marką naszego województwa, że on jest bardzo mocno utożsamiany z naszymi terenami. Fascynuje mnie też, że ten projekt jest taki prawdziwy, żywy, bo maluję ludzi, którzy na tych terenach żyli i nie jest to tylko wyzwanie pod względem formalnym, plastycznym, bo historia poszczególnych portretowanych ludzi jest bardzo ważna i ludzie cały czas mnie zapraszają, pokazują wciąż nowe miejsca, chcą współpracować, także poza granicami województwa podkarpackiego.
A to, że jest Pan w zasadzie wszędzie, nie przytłacza? Nie czuje Pan zmęczenia materiału? A może jednak wciąż znajduje się Pan w tym miejscu, w którym chce się jeszcze więcej, chce się to wszystko ciągnąć.
– Zdecydowanie tak. Projektem numer jeden jest „Cichy memoriał”, ulubionym najlepszym podłożem jest stara deska i myślę, że będę cały czas to kontynuował. Takich podłoży zostaje coraz mniej, raz że je pokrywam, dwa, że niszczeją, a niektóre są rozbierane albo deski wymieniane są na nowe, ale o dziwo wciąż ich wystarcza. Ważne są dla mnie historie, które maluję. Historie zwykłych ludzi – nie szukam tych osób, które są upamiętniane na tablicach czy pomnikach, a właśnie zwykłych ludzi, którzy mieli trudne życie, ciężko pracowali i też są warci upamiętniania w tych mikrohistoriach. Myślę, że to też jest siłą tego projektu, bo to urzekło współczesnych odbiorców, że oni w tych postaciach mogą widzieć swoją historię, swoich przodków. Zresztą może stąd sukces projektu, że jest to współczesna sztuka, ale bardzo łatwo przyswajalna, bo dzieje się na terenach wiejskich. Odszedłem ze swoimi działaniami z miasta, z tych miejsc, w których mural zwykle się odnajduje. Muraliści zwykle dążą, by ich prace znajdowały się w znanych miejscach, z dużym natężeniem ruchu, gdzie zobaczy je jak najwięcej osób, a tutaj specjalnie trzeba przyjechać, żeby zobaczyć mój obraz. Myślałem, że te prace bardziej będą funkcjonować w internecie, przez tę właśnie trudną dostępność miejsc, ale sytuacja się odwróciła i ludzie jeżdżą z mapami, GPS-ami, szukają ich, rozmawiają z gospodarzami, poznają historię, więc ten projekt jest żywyTwoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze