Z najnowszego raportu GUS wynika, że ostatni rok był tym, w którym – od czasów II wojny światowej – w Polsce urodziło się najmniej dzieci. Współczynnik zastępowalności pokoleń wynosi zaledwie 1,378, a to oznacza, że powoli wymieramy.
Z jednej strony ogromna (538,6 tys.) liczba zgonów, z drugiej – najmniejsza od czasów II wojny światowej liczba urodzeń dzieci. Wg GUS między październikiem 2020 a wrześniem 2021 r. na świat przyszło ich zaledwie 334,6 tys.
To znaczy, że mamy deficyt urodzeniowy na poziomie ponad 200 tys.
O tym, że sytuacja demograficzna jest fatalna, wiadomo nie od dziś. I chyba każdy pamięta niefortunną kampanię społeczną, mającą zachęcać Polaków do płodzenia dzieci wzorem prezentowanych w spotach telewizyjnych królików. Nie pomogła.
Tak samo, jak nie pomógł rządowy program „Rodzina 500 plus”. Co najwyżej polepszył nieco sytuację materialną najbiedniejszych rodzin (jednocześnie jednak część rodziców zniechęcając do pracy). Ale dzietności nie zwiększył.
Na dodatek, jak wynika z przeprowadzonego minionego lata na zlecenie Business Insider Polska sondażu, większość (65 proc.) badanych życzyłoby sobie[paywall] wprowadzenia progu dochodowego, uprawniającego do pobierania tego świadczenia. W końcu zrzucamy się na nie wszyscy.
– Można myśleć, że 500 złotych dla przeciętnego mieszkańca powiatu to niemało, więc powinno go zachęcić. Ale w przypadku Polski wschodniej trafiono z tym programem w niewłaściwy czas. O ile Polska zachodnia i duże miasta przemianę obyczajową, przejawiającą się między innymi właśnie zmniejszeniem dzietności, przeszły w latach 90. i na początku XXI wieku, to Polska wschodnia weszła w ten proces mniej więcej 10 lat temu. Bonus finansowy nie jest w stanie go zatrzymać – mówi prof. Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego.
Obecną sytuację demograficzną porównuje do tych, które są wynikiem tzw. mechanizmu kryzysów społecznych. – Dochodzi do nich, gdy wybucha wojna albo jakiś duży kryzys gospodarczy – wyjaśnia. Ludzie się wówczas dostosowują do trudnej sytuacji.
– A to racjonalne dostosowanie w kwestii posiadania dzieci oznacza: nie teraz; trochę później albo w ogóle. Młodzi mówią: poczekamy rok, dwa albo: na razie rezygnujemy, a czy w ogóle, to zobaczymy – wyjaśnia.
Jeśli chodzi o trendy, przypomina, że w długim okresie rządzi przeszłość. A więc liczba dzieci, które się obecnie rodzą, zależy od tego, ile się ich rodziło 25 – 30 lat temu. Inaczej mówiąc: ile jest potencjalnych matek. – Do roku mniej więcej 2030 jesteśmy skazani na zmniejszanie się liczby urodzeń, bo między 1983 a 2003 rokiem mieliśmy 20 kolejnych roczników, w których liczba urodzeń z roku na rok malała – tłumaczy.
Ostatnią zwyżkę liczby narodzin (przyrost był ok. 5-procentowy) mieliśmy po stanie wojennym. Potem były już tylko spadki.
– Grozi nam depopulacja – uważa prof. dr. hab. Krystyna Iglicka-Okólska, demograf i ekonomistka, ekspert ds. migracji Uniwersytetu Warszawskiego. Wbrew tym, którzy żartowali, że po lockdownie, gdy Polaków zamknięto w domach, czeka nas baby boom – od początku powtarzała, że będzie, niestety, odwrotnie. Nie pomyliła się.
– Pandemia i strach, który wokół niej narósł, zdecydowanie odwodzą kobiety od rodzenia dzieci. Dziecko jest wielkim wyzwaniem: chodzi między innymi o zasiłki, czas, ale też całą okołopandemiczną narrację. To także kwestia ogromnych zobowiązań finansowych – bo przecież wychowanie dziecka wiąże się z poważnymi wydatkami w bardzo niepewnym świecie. Strach i odpowiedzialność są ogromne – mówi.
– Bardzo istotnym czynnikiem jest też nowe prawo antyaborcyjne, które doprowadziło do tego, że kobiety boją się urodzić niepełnosprawne dziecko, bo spodziewają się, że mogą zostać z nim same – dodaje.
Sytuację, którą mamy obecnie, nazywa zapaścią.
– Obawiam się, że taki stan może potrwać długo. Ludzie zaczną mieć dzieci dopiero, gdy nabiorą pewności, że świat jest przyjaźniejszy – mówi. I dodaje, że pokolenie młodych, zdolnych do prokreacji jest znacznie wygodniejsze niż pokolenia starsze. Tymczasem zostało naznaczone różnego rodzaju traumami – nie tylko okołopandemiczą.
– Młodzi ciągle słyszą, że jesteśmy na wojnie z wirusem, ale też, że ludzi jest za dużo, a to szkodzi planecie. Efekty tego mogą się ciągnąć bardzo długo. Najlepsze programy nie będą skuteczne, dopóki nie poczują bezpieczeństwa i stabilizacji – mówi.
Prof. Szukalski pytany, czego młodym Polakom potrzeba, by chcieli mieć dzieci, wymienia m.in. stabilność zatrudnienia, odpowiednią wysokość wynagrodzeń, ale też dostęp do mieszkań oraz do opieki nad małym dzieckiem: przedszkoli, żłobków (zwłaszcza tych ostatnich jest mało, rodzice muszą wydawać kolosalne pieniądze na placówki prywatne – dop. red.).
– Na brak gotowości do posiadania dzieci bardzo wpływa także dość powszechna niewiara w jakość publicznej edukacji. Stale słychać od rodziców: potrzebne korepetycje, nauka języków... A to gwałtownie podnosi koszty wychowania dziecka. I rodzice bardziej idą w jakość niż w ilość – tłumaczy.
– Dlatego wydaje się, że na trwałe weszliśmy w świat, w którym idea życia rodzinnego nie jest związana z posiadaniem gromadki dzieci. Przy czym gromadkę należy rozumieć jako dwoje – troje – konkluduje prof. Szukalski.
W jakim kraju najlepiej mieć dzieci? Jak wynika z rankingu USA News & Report „Najlepszych krajów do wychowania dzieci w roku 2020”, stworzonego na podstawie ankiet przeprowadzonych wśród 20 tys. mieszkańców różnych krajów – w Danii, Szwecji i Norwegii, gdzie rodzice mają największe przywileje i jest bardzo dobry poziom opieki medycznej.
System urlopów rodzicielskich w Danii uważany jest za jeden z najlepszych w UE. Oboje rodzice otrzymują 52 tygodnie urlopu rodzicielskiego po urodzeniu dziecka, mama ma dodatkowo możliwość wzięcia czterotygodniowego urlopu pod koniec ciąży.
Rodzice ze Szwecji mają do dyspozycji w sumie 480 dni urlopu rodzicielskiego z zastrzeżeniem, że każde z nich musi wykorzystać przynajmniej 90 dni. Resztą mogą się podzielić, jak chcą. Urlop mogą wykorzystywać aż do ukończenia przez dziecko 8 lat.
W Norwegii kobieta po urodzeniu dziecka może wybrać: 46 tygodni urlopu płatnego w 100 proc. albo 56 tygodni płatnego w 80 proc. Ojcom przysługuje do 10 tygodni.
W Kanadzie (czwarte miejsce) rodzice mają prawdo do 17 tygodni urlopu. Jeśli oboje sprawują opiekę nad dzieckiem, mogą łączyć swoje urlopy, jednak tak, by nie przekraczały 63 tygodni.
W Holandii (piąte miejsce) kobieta tuż przed urodzeniem ma prawo do 4 – 6 tygodni urlopu oraz do 10 tygodni urlopu po porodzie. W przypadku bliźniaków – 20 tygodni.
Wszystkie te kraje mają dobre systemy socjalne dla rodziców, dobrą ochronę zdrowia, bezpłatną – i powszechnie dostępną – edukację wczesnoszkolną i szkolną.
Wielka Brytania w tym zestawieniu jest na miejscu 11. Tam urlop trwa 52 tygodnie, ale tylko 39 jest pełnopłatnych. Później kobieta dostaje ok. 140 funtów tygodniowo. Ojciec ma do wykorzystania 2 tygodnie urlopu. Jeśli mama chce wrócić do pracy wcześniej, przysługuje mu 26 dodatkowych tygodni.
W Polsce (20. miejsce w rankingu) świeżo upieczone mamy mogą skorzystać z 20 tygodni urlopu macierzyńskiego – 6 tygodni z tej puli może wykorzystać przed porodem. Potem może zdecydować się na urlop rodzicielski (płatny w 80 proc.) – 32 tygodnie (może się nim podzielić się z partnerem; tacie należy się także 2 tygodnie urlopu tacierzyńskiego; dla porównania w Finlandii urlop tacierzyński wynosi 52 tygodnie).
W Belgii, Francji czy Holandii młoda mama objęta jest opieką państwa po powrocie do pracy: systemy są tak skonstruowane, że mamy chętnie korzystają z opieki nad dzieckiem zapewnianej przez miejsce pracy, a także ze zmniejszonego etatu czy pracy zdalnej.
Do połowy l. 80. w Polsce rodziło się co roku ok. 700 – 800 tys. dzieci. W 1981 r. urodziło się ich 681,7 tys., w 1982 – 705,4 tys., w 1983 – 723,6 tys., w 1984 – 701,7 tys., a w 2003 – już tylko 351 tys. Od 2013 r. w naszym kraju rodzi się mniej dzieci niż umiera osób. W zeszłym roku urodziło się 355,3 tys. dzieci, a zmarło 477,4 tys. osób. Eurostat prognozuje, że w ciągu najbliższej dekady populacja Polski zmniejszy się o blisko milion osób.
Podobny problem mają inne kraje. Najlepsze wskaźniki urodzeń na 1 kobietę mają Francja, Szwecja i Rumunia, ale wciąż nie zapewniają one zastępowalności pokoleń. Najgorsze – Malta, Hiszpania i Włochy.
Z badań przeprowadzonych przez Centrum im. Adama Smitha wynika, że koszt wychowania dziecka w trzyosobowej rodzinie w ciągu ostatnich 6 lat wzrósł o 23 proc. Mieści się w przedziale od 211,1 do 253,8 tys. zł; dwójki dzieci – 422,2 tys. zł.
Tych obliczeń dokonano dla dzieci do 18 rż. Tymczasem co roku na studia idzie ok. 92 proc. z ok. 260 – 270 tys. maturzystów. Serwis Bankier.pl w zeszłym roku podawał, że wydatki na utrzymanie studenta wzrosły rok do roku z 2122,99 zł do 2652,95 zł miesięcznie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze