W ubiegłą sobotę w Rybotyczach nad Wiarem od rana do późnego wieczora odbywał się artystyczno-przygodowy festiwal „Wianki w Turnickim”. To była już trzecia edycja tej bardzo dziwnej (w sensie pozytywnym) imprezy.
Dzień na festiwalu zaczął się wcześnie. Kiedy kilka minut po ósmej dotarłem do Rybotycz na terenie gospodarstwa turystycznego „Nad potokiem” trwała krzątanina. Organizatorzy dopinali ostatnie sprawy. Rozemocjonowany dziennikarz radia „Wnet” nadając na żywo trochę się rozpędził i zapewniał swoich słuchaczy, że znajduje się w sercu Bieszczad. O dziewiątej ponad stu biegaczy wystartowało do Ultraturnickiego maratonu. Zaplanowane były trzy trasy: 25, 42 i 65 kilometrów do przebiegnięcia leśnymi dróżkami,w górskim terenie. Godzinę później kilka grup z przewodnikami wyruszyło na piesze trasy po najbliższej okolicy. Przed południem sznur samochodów zaparkowanych na poboczu drogi przed wejściem na teren festiwalu już ciągnął się na dobrych kilkaset metrów. Było ich o wiele więcej niż przed rokiem, co świadczyło o rekordowej frekwencji uczestników, którzy sądząc po rejestracjach przyjechali z całej Polski.
Start do ultramaratonu.

Wybrałem się na samotny spacer po lesie, który rośnie w miejscu nieistniejącej wioski Borysławki. Wracając, na zarośniętej dróżce natknąłem się na grupę dzieci z rodzicami, którą prowadziła pani Jola. Dzieciaki podczas spaceru miały szukać ducha lasu i kiedy zobaczyły mnie ubranego na zielono,wyłaniającego się z krzaków uznały, że jestem tym duchem lasu. Wszystko się wyjaśniło i dzieciaki były trochę zawiedzione, ale dowiedziały się, że duch lasu to nie tajemnicza postać, to śpiew ptaków, szum strumyka, szelest liści i zapach ziół. Tymczasem na terenie festiwalu rozpoczęły się warsztaty: wikliniarskie, ceramiczne, zielarskie, komunikacji społecznej. Nagle przed pierwszą wszystko trzeba było przerwać.
Spacer w poszukiwaniu leśnego ducha.

W jednej chwili zrobiło się ciemno i lunęło jak z cebra. Strugom wody towarzyszył mocny wiatr, który zdemolował festiwalowy namiot, gdzie organizatorzy mieli sklepik z pamiątkami oraz książkami i albumami o tematyce przyrodniczej. Ale to nie było najgorsze. Mocny podmuch wiatru przewrócił starą wierzbę nad Wiarem i padające konary uszkodziły trzy auta. Na szczęście nikt z uczestników nie ucierpiał. Dzieciaki ze spaceru schroniły się w samotnej chacie zrekonstruowanej i wybudowanej na miejscu starej. Pozostali uczestnicy ratowali się, jak kto mógł. Jedna z pieszych grup szła do zabytkowej cerkwi w Posadzie Rybotyckiej, w której Tomasz Ślusarczyk odtwarzał starą cerkiewną muzykę. Kiedy do cerkwi pozostało jeszcze pięćdziesiąt metrów lunęło tak mocno, że wszyscy przemokli do suchej nitki, co nie wpłynęło na nastroje i nie przeszkadzało wysłuchać muzyki sprzed wieków. Najgorzej chyba mieli biegacze.
Warsztaty wikliniarskie prowadził Jacek Wydrzyński.

Nawałnica trwała dwadzieścia minut. Przestało padać i organizatorzy ogłosili reaktywację warsztatów. Jacek Wydrzyński wznowił wyplatanie koszyków, dzieci wróciły do rozpoczętych prac ceramicznych, a pod wiatą Aleksandra Ryzner, zielarka z Pogórza Przemyskiego uczyła jak samemu można przygotować proszek do czyszczenia zębów.
– Ucieramy w moździerzu węgiel drzewny z rozmaitymi ziołami. Może to być mięta pieprzowa, szałwia lekarska, cynamon, koszyczki krwawnika. Potem przesiewamy to przez gęste sitko i już jest gotowy proszek do czyszczenia zębów, który pomaga przy paradontozie, krwawiących dziąsłach i grzybicy. To stary skuteczny przepis
Reklama
– zapewniała zielarka.
Zielarka pokazała jak zrobić proszek do czyszczenia zębów.

W tym czasie odbywały się też kolejne prozdrowotne warsztaty jogi, a na mecie pojawiali się kolejni maratończycy. W biegu na 25 kilometrów zwyciężył Mateusz Błasz z czasem jedna godzina pięćdziesiąt dwie minuty. Na dystansie 42 kilometrów najlepszy był Mateusz Winko (czas 3.10.45), w ultramaratonie najlepszy czas (6.16.27) miał Robert Wróblewski. Sportowe emocje jeszcze nie opadły, a w teren pod przewodnictwem Reto Fuersta wyszli entuzjaści fotografii ornitologicznej. Każdy uzbrojony w aparat z długą lufą. Być może efekty tego pleneru zobaczymy kiedyś na wystawie.
Uczestnicy pleneru ornitologicznego.

Korzystając z tego, że program toczył się zgodnie z planem i organizatorzy mieli chwilę luzu poprosiłem Marcina Mystkowskiego ze stowarzyszenia „Kwitnąca Otulina” żeby opowiedział o idei festiwalu.
Marcin Mystkowski z Kwitnącej Otuliny.

– Zacznę od organizatorów. W tym roku od strony formalnej organizatorem jest stowarzyszenie lokalne organizacja turystyczna „Wrota Karpat” z Birczy, a realizatorem lokalny ruch wolontaryjny „Kwitnąca Otulina”, który od ponad trzech lat działa na rzecz ochrony dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego Pogórza Przemyskiego oraz rozwoju zrównoważonej turystyki. Na początku działaliśmy w trochę innych warunkach, teraz sytuacja się zmieniła, ale nie zachłystujemy się i podchodzimy do tego pragmatycznie. Ideały te same, środki te same, a skala wyzwań rośnie i to nas cieszy. W tym roku organizując Wianki Turnickie postawiliśmy na spotkania autorskie z naukowcami, pisarzami i ciekawymi ludźmi, którzy mówili o problemach przyrody, klimatu i potrzebie podnoszenia świadomości ekologicznej. Na przykład o wilkach i potrzebie ich ochrony, bardzo ciekawie mówili fachowcy: doktor Piotr Chmielewski i profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Paulina Kramarz, a o niedźwiedziach opowiadał Robert Gacka. O idei parków narodowych opowiadał Michał Słodowy, który niedawno wydał książkę o polskich parkach narodowych, tych „widzialnych” i tym „niewidzialnym”, czyli Turnickim. Festiwal Wianki jest spotkaniem pasjonatów przyrody, sportu, dobrej muzyki oraz sztuki. Robimy coś z niczego dzięki dobrej energii wielu wspaniałych ludzi. Dzielimy się swoimi pomysłami, trwa dialog, a festiwal jest wspaniałym miejscem do tego. Każdy jest mile widziany i każdy może wnieść coś od siebie
Reklama
– zapewnia Marcin.
Tańce i wianki. Po południu zaczęły się koncerty. Najpierw grał „Sviatyj” po nim„HrayBery” muzyką sprzed dwustu lat porwał publiczność do tańca. Wreszcie nadeszła pora na tytułowe wianki i wszyscy przy dźwiękach harmonii, śpiewając obrzędową piosenkę o ogniu i wodzie i dobrej pogodzie tłumnie przeszli nad Wiar, gdzie już płonęło ognisko, symbol jednego żywiołu. Nadszedł kulminacyjny moment rzucania wianków.Kiedy popłynęły już z nurtem Wiaru wszyscy wrócili pod scenę, na której zaczynał grać zespół „Fifidroki” i zabawa trwała do późna, bo przecież to była najkrótsza noc.
Nie obyło się bez tańców.


Zaczynając tekst określiłem festiwal mianem dziwnej (w sensie pozytywnym) imprezy, bo widziałem tam całe rodziny uczestniczące w festiwalu, dzieciaki beztrosko biegające boso po mokrej trawie, zaangażowanych wolontariuszy i organizatorów. Wszyscy uśmiechnięci, życzliwi sobie, na luzie. Nawet ulewa nie popsuła nastrojów. Szkoda, że na co dzień, wokół siebie mamy mało przykładów takiej pozytywnej energii.
Jacek Szwic
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze