Najwyższa Izba Kontroli wzięła pod lupę jakość żywienia w szpitalach. Z kontroli wynika, że nie najgorzej obecnie spisuje się kuchnia szpitala jarosławskiego. I bardzo dobrze. Mamy powód do dumy. Oczywiście trzeba chwalić najwyższy urząd kontrolny za czujność, ale zawsze przy tego typu działaniach urzędniczych mam mieszane odczucia.
Z jednej strony bardzo dobrze, że NIK czuwa nad jakością posiłków w placówkach służby zdrowia, a jednocześnie dziwi mnie, jak można w ogóle dopuszczać do zaniedbań kulinarnych w miejscach tak newralgicznych. A do takich bez wątpienia należą szpitale. Niestety, od naszych Czytelników bardzo często odbieramy sygnały o zaniedbaniach w tej kwestii. Albo jedzenie nie takie, jakie powinno być, albo zimne, albo spóźnione, albo za wcześnie i kłopoty gotowe.
Nie czas i miejsce w krótkim cotygodniowym komentarzu zajmować się całą złożoną psychologią pacjenta poddanego hospitalizacji, ale jedno jest pewne: właściwa dieta pełni ważną rolę w procesie leczenia. Najczęściej jest to swoista forma odniesienia do tego, co pacjent zostawił w domu i do czego się przyzwyczaił, więc każda forma odstępstwa w warunkach szpitalnych jest powodem do ewentualnych zastrzeżeń.
Gwoli uczciwości trzeba dodać, że od momentu przywrócenia w Wojewódzkim Szpitalu im. św. Ojca Pio w Przemyślu własnej kuchni, liczba interwencji od czytelników zmalała. To także bardzo cieszy. W ubiegłym tygodniu napisałem, że jednym z mierników sytuacji ekonomicznej państwa jest stan służby zdrowia. Z tą opinią nie zgodziły się osoby, które do wszystkiego przykładają miarę polityczną. Moim zdaniem jednak zdrowie obywatela jest kategorią poza barierami politycznymi.
Bez względu na to, kto rządzi, zaciąga ogromne zobowiązanie nie tylko wobec chorych, ale wobec wszystkich najgorzej radzących sobie z wolnym rynkiem, wykluczeniem, bezrobociem, biedą.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze