To pierwszy w historii przemyskiego sportu w pełni – nomen omen – przemyślany i zorganizowany system szkolenia młodzieży na taką skalę. System, który kopiują w Polsce, a niedawno zainteresowali się nim w Europie. System, mający bardzo konkretne podwaliny finansowe. Dość surowy dla młodzieży, ale mający jasny cel: „wdrapywanie” się po kolejnych szczeblach koszykarskiego abecadła na sam szczyt. Ilu z tych młodych ludzi uda się tam wejść? Na razie nie wiadomo, ale faktem jest, że mają od kogo się uczyć i na kim wzorować.
Rozmowa z trenerem reprezentacji Polski do lat 16, twórcą Uczniowskiego Klubu Sportowego „Niedźwiadki” Przemyśl, byłym koszykarzem, Danielem Puchalskim.
Po skończeniu kariery zawodniczej nie usiedziałeś na miejscu. Skąd wziął się pomysł na powstanie jedynej w swoim rodzaju klasy o na wskroś koszykarskim profilu, na stworzenie systemu szkolenia, którego w Przemyślu nigdy nie było?
– Szybko musiałem podjąć decyzję, czy zostaję w sporcie na poziomie seniorskiej, drugoligowej koszykówki, bo taka była wówczas w Przemyślu, czy zajmę się stworzeniem profesjonalnego systemu szkolenia najmłodszych chłopców. Nie miałem wątpliwości, aby wybrać to drugie. Dzisiaj mogę powiedzieć, że się udało i to był znakomity wybór.
W Polsce szkolenie na poziomie ośmio- czy dziewięciolatków kuleje od lat. W zasadzie go nie ma, a to chyba najlepszy moment, aby wprowadzać tych młodych ludzi w arkana basketu.
– Dokładnie analizowałem to, co działo się w Przemyślu w szkoleniu młodzieży przez ostatnich piętnaście lat. Przez sekcje w Polonii czy Gimbaskecie przewinęło się mnóstwo dzieciaków. Wyniki były żadne. Chcąc iść tym samym tropem, trudno było oczekiwać czegoś innego. Chciałem, aby mój pomysł miał znacznie poważniejszy charakter tak pod względem organizacyjnym, jak i sportowym. Kiedy zaczynałem osiem lat temu, w Polsce były dwa podobne ośrodki.
Oni jednak kiedyś musieli zdać sobie sprawę, że zabawa przerodzi się w rywalizację, często bezpardonową.
– Większość z nich nie zdawała sobie sprawy, że będziemy za kilkanaście miesięcy grać w koszykówkę. I bardzo dobrze, bo im mniej zmęczenia emocjonalnego, tym dla nich było lepiej. Kompletnie mi nie przeszkadzało, że wszyscy chcieli być piłkarzami, że wszyscy chodzili w koszulkach piłkarskich klubów. W żadnym wypadku nie wolno było z tym walczyć. Pamiętam, jak wzięli udział w jakimś halowym turnieju piłki nożnej, gdzie przegrali kilka meczów i okazało się, że wcale nie są tak dobrymi piłkarzami. Za chwilę pojechaliśmy na koszykarski turniej do słowackiej Żiliny, który wygrali w cuglach. To był przełom. Zaczęli wtedy szukać butów koszykarskich, sami przekierowali się na basket. To sukces wiąże, daje poczucie wartości i umiejętności. Ale dążenie do niego za wszelką cenę jest ogromnym błędem. Trzeba im dać czas.
Zasady w grupie były surowe. Dyscyplina spora. Trzeba chyba docenić tych młodych ludzi, którzy musieli dać z siebie bardzo wiele.
– Zgadza się. Bez pomocy pań wychowawczyń w czternastce, które miały podobny pomysł na dotarcie do nich, niewiele bym mógł. Dzieci, wbrew pozorom, wcale nie czują się źle w sztywno określonych ramach, byleby tylko ich nie zmieniać co chwilę. Jeśli powie się im, że za złe zachowanie czy oceny nie grają w zespole, to może się walić i palić, ale nie ma od tego odwrotu. Najstarsza moja grupa jest teraz w drugiej klasie gimnazjum. Ostatni raz ktoś z nich był zawieszony w piątej klasie szkoły podstawowej. To, czego nasłuchałem się od starszych, bardziej doświadczonych pedagogów, że ta klasa, bez dziewczynek, nie ma szans na przetrwanie, że to sami chuligani i nieuki, to moje. Od samego początku wspierali mnie prezydent miasta Robert Choma, dyrektor Szkoły Podstawowej numer 14 Piotr Kroczek i pani naczelnik Wydziału Edukacji i Sportu Urzędu Miejskiego w Przemyślu Elżbieta Tarnawska. Wyjątkową rolę odgrywa również Andrzej Pichur i firma Hensfort, opiekująca się naszym zespołem od ośmiu lat. W czasach, gdy liczy się efekt doraźny, takie traktowanie sportu młodzieżowego to ewenement. Obecnie profesjonalne warunki do rozwoju stworzyło nam Gimnazjum „Morawa”. Pomoc ze strony dyrektorów Artura Picha i Rafała Paśki jest bezcenna.
Przyszły pierwsze sukcesy. Zaczęliście lać rywali ogromną różnicą punktów. Zapanowałeś nas tym? Nie poczuli się gwiazdami?
– To był kolejny etap pracy. Zabawa się skończyła. Od tego momentu wychowuję ich na zawodników. Powiem szczerze, że starałem się zabierać im pełną frajdę z takiego wygrywania. Uznałem, że muszę z nich zrobić koszykarzy, którzy w przyszłości będą ze mną przede wszystkim współpracować. Ktoś mógł się zdziwić, że zwracałem im uwagę na błędy, kiedy wygrywaliśmy mecz różnicą pięćdziesięciu punktów. Musiałem ich nauczyć, że każda akcja w ataku czy obronie to osobna historia. Nie ma żadnego powiązania – ani pozytywnego, ani negatywnego – z następną. Trzy kolejne błędy nie mogą mieć wpływu na to, co dzieje się w czwartej akcji. Trzy kolejne celne rzuty nie sprawią, że czwarty wpadnie. Takie niuansy. W pewnym momencie, ku swojemu ogromnemu zadowoleniu, zaczęli podchodzić do gry jako do kolejnych zadań do wykonania. Mają teraz bardzo świadome podejście do tych kwestii.
Wiele trzeba oddać rodzicom tych chłopców…
– Gdyby nie ich zaangażowanie, nigdy bym nie decydował się na założenie klubu. Skończyłoby się zapewne na jakimś epizodzie z dwoma, trzema rocznikami. To rodzice dali mi poczucie sensu tego wszystkiego. Nigdy nie będę miał szans na maksymalne wykorzystanie potencjału dziecka, jeśli nie będą w to zaangażowani rodzice. I to zarówno od strony technicznej, jak i mentalnej. Koszykarsko wychowałem się w Górniku Wałbrzych, ale mieszkałem 80 kilometrów dalej. Mój tato był na każdym moim meczu w Wałbrzychu. Marcin Gortat powiedział kiedyś, że bardzo mu brakuje tego, że jego ojciec nigdy nie chciał pojechać do Stanów, aby zobaczyć go na żywo, jak gra. Na naszym ostatnim turnieju w Katowicach było piętnaście osób towarzyszących: rodziców, dziadków, babć, wujków. Tylu osób nie było nawet z miejscowych zespołów.
Co się stało na Mistrzostwach Polski U14 w Sopocie?
– Podjąłem zbyt duże ryzyko w przygotowaniu mentalnym. Popełniłem błąd. Jechaliśmy tam po medal. Chłopcy wiedzieli o tym. Przytrafiły się nam dwie poważne kontuzje podstawowych zawodników. Zabrakło im umiejętności poradzenia sobie z tym. Nie brakowało pokory. Kiedy zobaczyli w szatni nogę Wiktora Słabego w przerwie grupowego spotkania z Kuźnią Stalowa Wola, usłyszałem od nich, że teraz to już na pewno finału z Treflem nie wygramy. Dla nich tylko to się liczyło. Wszystko, co było po drodze, miało być formalnością. Nie dałem rady tego odkręcić, nie dałem rady ich pozbierać. Obawiałem się nieco o okres wakacyjny, ale większość z nich wykonała rewelacyjną pracę.
Zastanawiałeś się, co dalej. Skończą szkołę średnią, zechcą studiować. Mogą wyjechać. Okaże się w pewnym momencie, że uczyłeś ich koszykówki dla kogoś. Ktoś może ci zarzucić, że Przemyśl dał, więc Przemyśl coś chce z tego mieć.
– Ten projekt wchodzi w taką fazę, że trzeba coś wymyślić. Największą frajdę sprawia mi kształtowanie tych chłopców. Poczucie, że robimy to od podstaw przy własnym pomyśle. Dziękuję za stworzone nam warunki przez miasto. Warunki, których nie daje wiele większych miast. Ale nie mam poczucia, że za wyjątkowe hołubienie, muszę się wyjątkowo odwdzięczać. Bo to droga donikąd. Przemyśl daje swoim dzieciom. Środki finansowe przychodzą z zewnątrz. Pracuję z nimi z myślą, że muszą osiągnąć wyższy poziom niż ja. Sport zawodowy sam się dzisiaj w zasadzie finansuje. Sytuacja, że ktoś mówi o sporcie zawodowym, a stale wyciąga rękę do miasta o pieniądze zakrawa o groteskę. Przemyśl nie może myśleć o koszykarskiej ekstraklasie, bo to kopanie się z koniem. Uważam, że optymalnym powinien być poziom pierwszoligowy. Moim pomysłem jest stworzenie w mieście zespołu na wzór uniwersytecki, na którym nie ciąży presja wyniku. Marzy mi się, aby podsumowaniem projektu był zespół młodzieżowy z dwoma, trzema weteranami, mądrymi chłopkami, przy których pozostali mogliby się wychowywać jako ludzie w szatni i jako zawodnicy na parkiecie.
Twoja praca została zauważona w centrali. Zostałeś trenerem reprezentacji Polski do lat 16.
– Nie będę ukrywał, że to ogromne wyróżnienie. Pamiętam siebie, kiedy mając 16 lat, od tej samej reprezentacji zaczynałem prawdziwe granie w basket.
Funkcjonuje już kolejny rocznik w twoim systemie. Pewnie niebawem przyjdzie kolejny. Sam tego nie udźwigniesz. Łapanie kilku srok za ogon nie jest korzystne.
– Pomaga mi Ania Banaszczak. Jej doświadczenie dydaktyczne, kilka lat pracy na AWF-ie i w kobiecych reprezentacjach, jest mi bardzo pomocne. Oboje jesteśmy w stanie robić nabory co trzy lata. Ani zajmuje się klasami młodszymi. Jak odpowiadam za roczniki w gimnazjum i docelowo w liceum. To maksimum co możemy zrobić, aby nie zejść z założonego poziomu. Chcielibyśmy tak plan szkolenia zaproponować dla całego miasta. To projekt, w którym chcemy ściśle współpracować z piłką ręczną, po to, aby dzielić się rocznikami. Powiem szczerze, że ogranicza nas baza sportowa. Budowa hal sportowych przy SP 14 i w późniejszym czasie przy I LO ogromnie by nam ułatwiła zadanie. Widzę w tym projekcie kilku naprawdę bardzo dobrych specjalistów od koszykówki w Przemyślu, którzy są niewykorzystani. Jeszcze z nimi o tym nie rozmawiałem. Marzyłoby mi się, aby do naszego sztabu dołączyli Mariusz Zamirski i Paweł Trojnar. Ci ludzie świetnie sprawdzają się tam, gdzie pracują, ale Mariusza szkoda, aby zajmował się tylko sprawami administracyjnymi, a Pawła, aby tylko prowadził wuef w szkole. Nie ukrywam, że chciałbym wykorzystać także Tomka Przewrockiego. To on jest ikoną przemyskiego sportu. Wychował się w Przemyślu, by potem przez kilka lat grać na poziomie ekstraklasy. Bardzo dużo wie i rozumie koszykówkę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze