Reklama

Papierowe lalki – historia życia Stanisławy Żak (Charchan)

02/05/2025 14:21

Stanisława Żak (z domu Charchan) urodziła się 5 listopada 1943 r. na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej w Czyszkach pod Nowym Samborem (przedwojenne województwo lwowskie). Kiedy miała pięć lat, razem z rodziną została deportowana w głąb Rosji.

Jest koniec stycznia 1957 r. na stację w Brześciu wjeżdża pociąg, z którego wysiada pięcioosobowa rodzina: Michał i Anna Charchanowie z dziećmi – Stasią i Jankiem, oraz matka pani Anny. Nie mają pieniędzy, dokumentów, a ich dobytek mieści się w kilku tobołkach. Ile dla nich znaczy powrót do ojczyzny, świadczy zachowanie pana Michała, który zdejmując czapkę, pada na kolana i całuje ziemię. Czternastoletnia Stasia nie do końca rozumie ten gest. Ona też tęskniła do Polski, ale nie przeżyła dziesięciu lat w łagrze jak jej ojciec. Niewiele też pamięta sprzed wywózki, lecz tamtą noc zapamiętała bardzo dobrze, chociaż miała tylko pięć lat.

– Zabrali nas w nocy z piątego na szóstego stycznia. Prawosławni szykowali się wtedy do Wigilii, a my do święta Trzech Króli. Wieczorem piątego stycznia byłam u rodziny i w najlepsze bawiłam się z kuzynką, kiedy rozległo się łomotanie do drzwi. Stanął w nich mężczyzna z karabinem i powiedział, że mam z nim iść. Złapałam stryjka za nogę i krzyczałam, żeby mnie nie oddawał, ale nie było „zmiłuj się”. Zostałam zabrana siłą i zaprowadzona do domu, gdzie mama i babcia w pośpiechu pakowały rzeczy do kufra. Niewiele rozumiałam z tego, co się działo, i niewiele pamiętam, ale nigdy nie zapomnę naszego psa Lorda biegnącego z żałosnym szczekaniem za saniami, którymi nas wywożono. W pewnym momencie żołnierz odbezpieczył broń i strzelił. Zwierzę padło na środku drogi, a szczekanie ucichło.

Reklama

Powrót do Czyszek

Podporucznik Michał Charchan, żołnierz Wojska Polskiego odznaczony medalem „Za zdobycie Berlina”, po zakończeniu działań wojennych wrócił do rodzinnych Czyszek, które w wyniku nowego podziału granic, znalazły się na terytorium ZSRR. Tak jak setki innych rodzin z kresów, państwo Charchanowie mieli możliwość przeniesienia się do Polski i jak większość zostali. W Czyszkach jak w wielu wioskach na Kresach Wschodnich żyli Polacy i Ukraińcy i chociaż po wojnie relacje pomiędzy nimi uległy pogorszeniu, życie wśród swoich wydawało się rodzicom Stasi bezpieczniejsze niż zamieszkanie w poniemieckim domu gdzieś pod zachodnią granicą – tak jak im zaproponowano. W niedługim czasie mieli się przekonać, jak tragiczna w skutkach była ta decyzja; pan Michał znalazł się w łagrze, a jego rodzina, bez sądu czy jakiegokolwiek uzasadnienia, została wywieziona dziesięć tysięcy kilometrów w głąb Rosji.

– Ojciec został aresztowany w 1947 r. za „nielojalność w stosunku do władz sowieckich” i po sfingowanym procesie skazany przez sąd wojskowy na dziesięć lat łagru. Łatwo było przewidzieć że i nas będą chcieli się pozbyć. Jako rodzina wroga narodu także stanowiliśmy zagrożenie „dla systemu”, a poza tym ówczesne władze dążyły do tego, by pozbyć się Polaków i zaganiać ich majątki, a my byliśmy zamożni. Mieliśmy kryty blachą dom, co było rzadkością w tamtych czasach, morgi, konie, krowy – to wszystko zasiliło tworzący się kołchoz.

Reklama

Rodziny skazanych żyły w ciągłym strachu przed aresztowaniem i ukrywały się przed patrolami wojskowymi. Trudno sobie wyobrazić, jak mamie pani Stasi udawało się po kilka godzin ukrywać w zbożu z pięciolatką i dwulatkiem, ale rzeczywiście ta metoda była skuteczna. Do czasu.

Z Chabarowska do Moskwy

Z Chabarowska do Moskwy, z Moskwy do Mińska, z Mińska do Brześcia – powrót do Polski trwa dwa tygodnie. Podróż jest uciążliwa, ale nastroje pasażerów dobre – są coraz dalej od znienawidzonego miejsca, w którym spędzili osiem lat. Każdy ma tobołek, a w nim rzeczy osobiste oraz blaszany kubek i łyżkę. Bez nich ani rusz, kiedy przychodzi pora posiłków. W płóciennych workach jadą zapasy suszonego chleba i konserwy, skrupulatnie wyliczone tak, by wystarczyły na całą podróż.

Reklama

– Na stacjach do okien pociągu podchodziły handlarki, podnosiły pokrywki garnków, a zapach ziemniaczków z cebulką wdzierał się do przedziału. To było dla nas nie do zniesienia i rodzice czasem kupowali trochę tych frykasów, choć sporo kosztowały. Na szczęście podróż w stronę, w którą zmierzaliśmy, dawała nadzieję, na lepsze życie, nie tak jak tamta, sprzed ośmiu laty.

„Tamta” podróż zaczęła się dużo wcześniej, zanim wypełniony ludźmi pociąg, ruszył ze stacji w Stryju (miasto na Ukrainie). Najpierw było kilkutygodniowe koczowanie w punkcie zbornym. Przerażonych ludzi – przeważnie kobiety z dziećmi, zwożono z całej okolicy i umieszczano w hali jakiegoś gmachu (prawdopodobnie szkoły), gdzie spali na wyścielonej słomą podłodze. Z Czyszek było osiem rodzin. „Pakować ciepłe rzeczy i dużo jedzenia”, nakazywali żołnierze, którzy zabierali wysiedlanych z domów. Poza tą informacją nic więcej nie było wiadomo. Kiedy zebrano odpowiednią ilość „pasażerów”, upchano ich w towarowych wagonach, zatrzaśnięto drzwi, zabezpieczono je stalowymi zasuwami i skład ruszył w nieznane.

Reklama

– W świadomości Polaków funkcjonuje nazwa „Sybir”, pomimo że geograficznie nie ma takiego regionu. Więc jechaliśmy na ten Sybir, chociaż tak naprawdę nie wiedzieliśmy, gdzie nas wiozą. Był środek zimy. Śnieg pozatykał szpary pomiędzy deskami, którymi obity był wagon, co w pewnym stopniu chroniło przed wiatrem. Był też żeliwny piecyk zwany ”tiepłuszką”, ale że opał był limitowany, więc palono w nim tylko raz dziennie. Potem zostawały nam pierzyny. Leżeliśmy pod nimi dniem i nocą. Pewnego razu babci śpiącej pod ścianą, włosy przymarzły do desek.

Nie ma już domu

Ludzie gnieździli się na pryczach, nie było gdzie się umyć, a za toaletę służył otwór w podłodze. Kobiety uszczuplając swój i tak skromny dobytek, uszyły parawan z chustek, żeby zapewnić sobie, choć odrobinę intymności. Pociąg zatrzymywał się raz dziennie w polu albo na bocznicach, gdzie rozdzielano niewielkie porcje zupy i chleba. Pięć tygodni chłodu i głodu, pięć tygodni patrzenia na śmierć bliskich, pięć tygodni niepewności, co będzie, kiedy ta podróż się skończy i wreszcie przyjazd na nieznaną stację.

Reklama

– Do celu dojechaliśmy na przełomie lutego i marca 1949 r. Niektórzy z pasażerów mieli problem z utrzymaniem się na nogach, po tak długim czasie bez ruchu, a jeszcze trzeba było nieść bagaże. Ze stacji do budynków, w których nas ulokowano, szło się tunelami wykopanymi w śniegu, sięgającym głów dorosłych osób. Zostaliśmy zakwaterowani w byłym obozie jenieckim, prawdopodobnie dla żołnierzy japońskich. Potem nastąpiło przydzielanie do pracy. Mężczyźni i chłopcy kierowani byli do Tajgi, a kobiety przeważnie do kołchozów.

Kiedy Stasia z rodziną wysiada na stacji w Brześciu, nie ma już „domu krytego blachą”, morgów, które z pewnością dostałaby we wianie, ani nawet Czyszek. Obecnie granica Polski kończy się kilkanaście kilometrów za Przemyślem, ażeby ją przekroczyć trzeba mieć pozwolenie władz, ale są jabłka.

Reklama

– Mnie nie interesowało, w co ubrani są ludzie, jak wyglądają ulice. Byłam w szoku, że w sklepie są jabłka. Tato od razu kupił nam kilogram, a myśmy wszystkie z bratem zjedli w tym samym dniu. Oczywiście pochorowaliśmy się po nich, ale rodzice nie mieli sumienia nam ich bronić. Na zesłaniu owoce można było dostać może ze dwa razy do roku. Babcia kroiła jabłko w ósemki, dawała nam po jednym kawałku, a resztę chowała na następny dzień.

Chabarowski Kraj

Chabarowski Kraj leży w azjatyckiej części Rosji, nad rzeką Amur. Klimat tego regionu określany jest jako umiarkowany zimny – z krótką wiosną, niezbyt ciepłym latem i zimą trwającą od połowy września do maja z temperaturami do minus czterdziestu stopni Celsjusza. Pod koniec lat czterdziestych dwudziestego wieku pod Chabarowskiem budowano port lotniczy, a także osiedle dla obsługi lotniska. Właśnie tam została zatrudniona pani Anna Charchan. Kilkanaście godzin dziennie pracowała na budowie bez względu na warunki atmosferyczne. Babcia Stasi wykonywała prace wykończeniowe i sprzątała wewnątrz budynków.

Reklama

– Najtrudniejszy był pierwszy rok. Mama i babcia wychodziły do pracy, kiedy było ciemno i wracały, kiedy było ciemno, a i tak ich zarobek ledwie wystarczał na życie. Na okrągło jadło się chleb i bulbiankę, czyli zupę kartoflaną, czasem kaszę. W pobliskim sklepiku było niewiele towaru. Mama wstawała pierwsza i zajmowała miejsce, w kolejce za chlebem, a kiedy przyjeżdżał samochód po robotników, zastępowałam ją. Raz dziennie przywożona była woda pitna, po którą trzeba było iść do beczkowozu. Czasami udawało się zdobyć u miejscowych odrobinę mleka, ale ono było zarezerwowane dla Janka. Następnej wiosny po wykarczowaniu kawałka ziemi posadziliśmy kartofle. Żeby je przechować, trzeba było wykopać piwniczkę pod podłogą w pomieszczeniu, w którym mieszkaliśmy. I w taki sposób powoli uczyliśmy się życia na wygnaniu.

Joanna Lorenowicz

Reklama

 

* Dalsza cześć ukaże się wkrótce na stronie Niepełna Literatka - https://www.joannalorenowicz.pl/category/przemyslenia/

 

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 02/05/2025 14:21
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama