Reklama

Pięć dni jazzu. C’est la vie

10/12/2014 10:16

W ubiegłą niedzielę zakończyła się przemyska część Międzynarodowego Festiwalu Jazzowego „Jazz Bez...”.

Jak zwykle, przy kolejnych edycjach tego festiwalu (ta była czternasta) starzy bywalcy liczyli, ileż to już razy słuchali jazzu w „Piwnicach” Centrum Kulturalnego albo w „Niedźwiadku”. Wychodziło im, że jeszcze grubo przed tym, jak wystartował „Jazz Bez...”, na obu tych scenach grywały prawdziwe gwiazdy i legendy jazzu, jak choćby Jan Ptaszyn Wróblewski, Namysłowski czy Stańko. Krajowych artystów długo by wymieniać, a i kilka znakomitości z zagranicy też by się znalazło. Zaczęło się na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, od „Mikołajek Jazzowych”. Raz było lepiej, raz gorzej, ale w ciągu tych trzydziestu paru lat Przemyśl wpisał się w jazzową mapę Polski. Kilku z tych, co to „dzieckiem w kolebce” bywali na koncertach, dzisiaj ma już nazwiska i gra jazz w prestiżowych miejscach. Na widowni zmieniały się twarze słuchaczy. Niektórych koneserów tego gatunku już nie ma. C’est la vie, a jazz, choć pewnie trochę inny od tamtego, ma się dobrze. Przez pięć dni organizatorzy, czyli Centrum Kulturalne w Przemyślu i lwowski klub „Dzyg", fundowali nam cały wychlarz muzycznych doznań. Od jazzu nowoczesnego, poprzez jazz-rock, swing, fusion, bebop, po etno-jazz. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Przy takiej mnogości gatunków trudno się silić na porównywanie kolejnych koncertów. 

Było nieźle

O tegoroczny „Jazz Bez..." zapytałem Wojtka Kalinowskiego, który zaliczył prawdopodobnie wszystkie jazowe koncerty w mieście i trochę o jazzie wie. W 1991 roku, parę dni po śmierci Milesa Davisa, prowadził w nieistniejącym już „Mini Maxie” wieczór poświęcony zmarłemu artyście, potem w Radio Hot słuchaliśmy jego autorskich audycji poświęconych jazzowi. – W porównaniu z tamtegoroczną edycją jest znacznie lepiej i ciekawiej. Byłem na wszystkich koncertach i myślę, że jest także lepiej repertuarowo, bo można tego słuchać bez przykrości. Bardzo dobrym pomysłem był jeden koncert w „Niedźwiadku", który przecież kiedyś był znany z jazzu. To właśnie tam świetny koncert zagrał amerykanin Marc Bernstein z międzynarodowym zespołem – podsumowuje W. Kalinowski.

Reklama

A gdzie jam session?

Może dlatego, że pamiętam dawniejsze koncerty, w tym roku zabrakło mi jam session. Tego zakończenia wieczoru, kiedy nie gra się już konkretnych utworów, gdyż króluje improwizacja i muzycy z różnych formacji, często nieznający się nawzajem, podejmują dialog na instrumenty. Już na luzie bawią się świetnie, a z nimi publiczność. Natomiast bardzo ucieszyła mnie obecność fotografii na festiwalu. Lwowski fotografik Rościsław Pawluk pokazał kilkanaście zdjęć, które świadczą o tym, że autor doskonale czuje jazz i atmosferę towarzyszącą tej muzyce
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości