W ubiegłą niedzielę zakończyła się przemyska część Międzynarodowego Festiwalu Jazzowego „Jazz Bez...”.
Jak zwykle, przy kolejnych edycjach tego festiwalu (ta była czternasta) starzy bywalcy liczyli, ileż to już razy słuchali jazzu w „Piwnicach” Centrum Kulturalnego albo w „Niedźwiadku”. Wychodziło im, że jeszcze grubo przed tym, jak wystartował „Jazz Bez...”, na obu tych scenach grywały prawdziwe gwiazdy i legendy jazzu, jak choćby Jan Ptaszyn Wróblewski, Namysłowski czy Stańko. Krajowych artystów długo by wymieniać, a i kilka znakomitości z zagranicy też by się znalazło. Zaczęło się na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, od „Mikołajek Jazzowych”. Raz było lepiej, raz gorzej, ale w ciągu tych trzydziestu paru lat Przemyśl wpisał się w jazzową mapę Polski. Kilku z tych, co to „dzieckiem w kolebce” bywali na koncertach, dzisiaj ma już nazwiska i gra jazz w prestiżowych miejscach. Na widowni zmieniały się twarze słuchaczy. Niektórych koneserów tego gatunku już nie ma. C’est la vie, a jazz, choć pewnie trochę inny od tamtego, ma się dobrze. Przez pięć dni organizatorzy, czyli Centrum Kulturalne w Przemyślu i lwowski klub „Dzyg", fundowali nam cały wychlarz muzycznych doznań. Od jazzu nowoczesnego, poprzez jazz-rock, swing, fusion, bebop, po etno-jazz. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Przy takiej mnogości gatunków trudno się silić na porównywanie kolejnych koncertów.Było nieźle
O tegoroczny „Jazz Bez..." zapytałem Wojtka Kalinowskiego, który zaliczył prawdopodobnie wszystkie jazowe koncerty w mieście i trochę o jazzie wie. W 1991 roku, parę dni po śmierci Milesa Davisa, prowadził w nieistniejącym już „Mini Maxie” wieczór poświęcony zmarłemu artyście, potem w Radio Hot słuchaliśmy jego autorskich audycji poświęconych jazzowi. – W porównaniu z tamtegoroczną edycją jest znacznie lepiej i ciekawiej. Byłem na wszystkich koncertach i myślę, że jest także lepiej repertuarowo, bo można tego słuchać bez przykrości. Bardzo dobrym pomysłem był jeden koncert w „Niedźwiadku", który przecież kiedyś był znany z jazzu. To właśnie tam świetny koncert zagrał amerykanin Marc Bernstein z międzynarodowym zespołem – podsumowuje W. Kalinowski.
A gdzie jam session?
Może dlatego, że pamiętam dawniejsze koncerty, w tym roku zabrakło mi jam session. Tego zakończenia wieczoru, kiedy nie gra się już konkretnych utworów, gdyż króluje improwizacja i muzycy z różnych formacji, często nieznający się nawzajem, podejmują dialog na instrumenty. Już na luzie bawią się świetnie, a z nimi publiczność. Natomiast bardzo ucieszyła mnie obecność fotografii na festiwalu. Lwowski fotografik Rościsław Pawluk pokazał kilkanaście zdjęć, które świadczą o tym, że autor doskonale czuje jazz i atmosferę towarzyszącą tej muzyceTwoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze